Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samoakceptacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samoakceptacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 kwietnia 2020

Co chciałabym powiedzieć każdej kobiecie?

Miałam dodać ten tekst na bloga wcześniej, w okolicach Dnia Kobiet, jednakże czułam, że nadejdzie na niego inny, bardziej odpowiedni czas. Czas nadszedł, wraz z tym, co dzieje się obecnie w polityce, a wraz z nim punkt 4 tego tekstu. Co chciałabym powiedzieć każdej kobiecie? Zwłaszcza takiej, której dobrze życzę?
1. Nie musisz być idealna.
Nawet nie możesz być idealna, bo ideały nie istnieją. Dodatkowo próbując z siebie zrobić chodzący ideał, wpadasz we frustrację. A wiesz, kto najwięcej lansuje to, co właśnie napisałam? Kolorowe gazetki dla kobiet, które jednym tchem krzyczą z półki, że nie musisz być doskonała, ale tutaj masz dietę na 1000 kcal, tutaj propozycję, jak się modnie ubrać za kwotę przekraczającą połowę Twojej wypłaty, poniżej tricki jak powiedzieć coś, co chcesz powiedzieć partnerowi, ale tak żeby wyszło, że tak naprawdę mówisz coś innego. Jak być profesjonalistką w pracy. Jak zrobić idealny sernik i podać go w idealnej atmosferze idealnym dzieciom na idealnej zastawie. No i nie zapominajmy o 10 pozycjach seksualnych, dzięki którym ON oszaleje. Kimkolwiek, kurza twarz jest ON, warto pamiętać, żeby Tobie też było przyjemnie, więc musisz się dowiedzieć, jak osiągnąć orgazm taki, siaki i owaki.
Na instagramie takie życie wzbudzi z pewnością podziw, ale mówimy o zwykłym życiu. Czasami musisz poświęcić więcej czasu pracy, czasami nie pójdziesz na siłownię, bo dziecko nagle sobie przypomniało, że ma przynieść na jutro do szkoły liście 5 gatunków drzew, więc zapitalasz wkoło bloków z dzieciakiem za rękę, starasz się omijać psie kupy, a twarz robi Ci się czerwona, bo jesień jest piękna, ale jednak późnym popołudniem zaczyna już pizgać złem. Mąż w tym czasie jest u weterynarza, bo Wasz idealny kot rzyga od kilku godzin jak… kot ;). I to na idealne panele.
2. Oczekiwania i poglądy innych to nadal są ich oczekiwania i ich poglądy.
Od listopada nie pracuję. Musiałam ogarnąć zdrowie i w końcu się to udało. Zdarzyło mi się natomiast usłyszeć już wypowiedziany między słowami zarzut, że nie jestem ambitna, skoro nie pracuję zawodowo i „ja byyym taaak nie mooogła”.
Wyjaśnijmy sobie jedno. Ambicja dla każdego inne ma imię i każdy chce się rozwijać w czymś innym. Czy ambitna jest osoba, która owszem, pracuje, ale np. nie znosi swojej pracy? Ja zostawiłam pracę, do której naprawdę nie miałam już sił i serca. Byłam tak sfrustrowana, że nie miałam siły na swoje hobby. Odkąd nie pracuję, doskonalę rysowanie, pisanie, nauczyłam się przyrządzać często naprawdę niełatwe potrawy, czytam masę książek, znajduję czas na ćwiczenia… Parafrazując Stachurę, niech sobie wszyscy z tymi swoimi etatami będą ambitni, a ja z tymi swoimi pasjami niech sobie będę nieambitna ;).
Ponadto wychowywanie dzieci to też ambitne zajęcie. Znam dziewczynę, która jest dla mnie ideałem mamy. Tyle zabaw i zajęć wspomagających rozwój dzieci, jakie ona potrafi zorganizować, to ja bym nawet nie wymyśliła, a zaliczam się raczej do grona osób kreatywnych.
3. Rozmiar XS czy S nie zapewni Ci szczęścia sam w sobie, nie każdy musi w taki rozmiar ubrań się mieścić i to nie czyni kobiety brzydką i zaniedbaną.
Był w moim życiu moment, że odchudziłam się do wagi 52 kg przy 168 cm wzrostu. Wow, sukces! Ubrania leżały na mnie pięknie, a ja miałam depresję i w sumie miałabym ją nawet z wagą 72 kg. Gdy po dłuższej terapii trafiłam na zajęcia z tańca brzucha, na korytarzu minęła mnie niepozorna kobitka z uśmiechem od ucha do ucha. Ale wygląd, figura…? Nic specjalnego. Ot normalna babka. Kręciły się tam zresztą różne kobiety. Wiek 19-50 lat tak na oko. Całe spektrum rozmiarów czy typów urody.
Weszłyśmy na salę, a później weszła instruktorka. Ta sama kobieta, która minęła mnie na korytarzu. Gdy zaczęła tańczyć, stała się najpiękniejszą kobietą jaką widziałam. Mogła sobie nie być fit laską z wyrzeźbionym ciałem, mogła mieć przeciętne rysy twarzy, ale ruszała się w niebywale cudowny sposób. Żadna fałdka nie była zbędna, szerokie biodra były najlepszym atrybutem. I ten uśmiech! Pierwsze co zrobiłam, to po lekcji tańca kupiłam sobie drożdżówkę. A przed lekcją martwiłam się, że ważę więcej niż 55 kg i że przecież nie tak miało być, dlaczego mi to robisz świecie?!
Aktualnie prawie codziennie przed lustrem kręcę sobie dupcią i potrząsam cycem, mimo że waga pokazała mi właśnie 60 kg. I robię to z uśmiechem. Moim zdaniem kobieta, która siebie akceptuje, potrafi z uśmiechem przejrzeć się w lustrze, jest najpiękniejsza. Pewnie, że nie wszystko mi się w sobie podoba, mam kompleksy. Najważniejsze, że zaczynam podchodzić do siebie z większą wyrozumiałością i akceptacją.
4. Ty decydujesz.
I kropka. Ty, tylko Ty wiesz, co jest dla Ciebie najlepsze. Nikomu nie pozwól odebrać Ci prawa do własnych decyzji.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Co czujesz, gdy spotykasz sam siebie?

Lubię czasami wyjść na spacer, albo po prostu siedzieć i gapić się przez okno. Zdarza mi się siedzieć tak i patrzeć na to, jak po niebie wędrują chmury, jak zmienia się położenie gwiazd w zależności od tego, jak blisko jest do świtu. Jak zmieniają się kolory nieba podczas zachodu słońca, jak dzień przechodzi w noc, jak noc zmienia się w dzień. Obserwacja natury w połączeniu z rozmyślaniem to jedna z tych przyjemności, którą rozkoszuję się, gdy tylko mogę.
W zeszłym roku w kwietniu spacerowałam po plaży. Było jeszcze chłodno, a ja specjalnie wybrałam takie miejsce, w którym nie ma turystów. Najpierw sama chodziłam po osiedlu domków przy lesie, które o tej porze roku wyglądało jak wymarłe miasteczko. Nie było chyba nikogo, albo ja nikogo nie spotkałam. Chodziłam ścieżkami i rozglądałam się. Weszłam do lasu i specjalnie wybrałam najdłuższy szlak, by dojść na plażę. W lesie nie spotkałam nikogo poza sobą. Przyszłam nie tylko do lasu, poszłam nie tylko na plażę. Poszłam do siebie, spotkać się z sobą samą, porozmawiać, zastanowić się.
Był taki moment, w którym byłam całkiem sama w oszałamiającej ciszy, w środku lasu. Słońce przeświecało przez korony drzew, przez gałęzie. Słyszałam lekki szum u góry. Podniosłam głowę i zobaczyłam niebo. Wkoło mnie były drzewa, krzewy, pagórki zielonej trawy, korzenie, konary. Czułam się częścią otaczającej mnie natury, jakby całe moje wcześniejsze życie zmierzało do tej chwili i jakby całe późniejsze miało być już zawsze bogatsze o tę chwilę.
Biegłam, gdy miałam ochotę. Płakałam, myśląc o czymś smutnym. Byłam sama, ale z całym bagażem tego, co oznacza bycie mną. Ten las pokazał mi tata, którego już nie ma wśród nas, ale zawsze go będę ze sobą nosić. Po tym lesie biegałam z przyjaciółmi. Wrosłam w ten las, tak jak on we mnie i gdy z niego wyjdę, będzie ze mną już zawsze. I krótki ślad mojej obecności zawsze już tutaj zostanie. Śmiech, łzy, szybkie kroki, powolny spacer. Piosenka, którą nuciłam sama dla siebie. Wszyscy, których niosę w swoim sercu, w swojej pamięci.
Patrzyłam na wszystko, jakby pierwszy raz w życiu to widząc i wiedziałam, że nie wszystko skończone. Jeszcze wszystko może być dobrze.
Słyszałam coraz głośniejszy szum morza. Zobaczyłam je. Wiał wiatr, morze było lekko wzburzone. Było trochę zimno, ale zeszłam na plażę. Zdjęłam buty i czułam, jak piasek przesuwa się pomiędzy moimi palcami, gdy idę w stronę morza. Gdy byłam już blisko, czułam, jak napinają się mięśnie w stopach. Przygotowałam się na to, że woda będzie lodowata, ale i tak jej temperatura była szokiem. Przez chwilę straciłam czucie w stopach, ale szłam dalej. Zaczęłam iść wzdłuż brzegu, uciekać przed falami, przeskakiwać je, gonić. Uśmiechnęłam się, a gdy w końcu nie udało mi się uciec i moje dżinsy są mokre aż do kolan, śmiałam się, jakbym była pierwszym człowiekiem na świecie, którego cwana fala tak urządziła.
Rzuciłam buty gdzieś na plażę, a sama bez lęku biegłam brzegiem morza, nie bałam się, że mogę się poślizgnąć, nabrałam wody do rąk i rzuciłam nad siebie. Tańczyłam i śpiewałam nad brzegiem morza. Jacyś ludzie pojawili się z lewej strony i prowadzili rowery. Pozdrowiłam ich radosnym uśmiechem i znowu zostałam sama. Nie samotna. Nie jesteś samotna, powiedziałam do siebie, obejmując się rękami. Położyłam się na plaży i patrzyłam w niebo. Później szłam wzdłuż morza, wymyśliłam na poczekaniu tekst własnej piosenki.
Było trochę zimno, ale zatrzymałam się, żeby dokładnie obejrzeć korzenie drzew, które zsuwają się z wydm, po tym jak podmyła je woda podczas któregoś sztormu. Morze wyrzuciło spory kawał drzewa, więc przyglądałam się wodorostom na nim, muszlom, które się do niego przylepiły i całej masie biedronek, które spacerują wzdłuż pniaka. Później oglądałam kamienie, którymi usłany był spory kawałek brzegu. Najpiękniej jednak było, gdy leżałam na plaży, z twarzą w stronę morza. Kiedyś czułam się jak drobina wobec absolutu. Teraz czułam się nie mniej obca niż jeden z kamieni. Wiatr smagał mnie jak drzewa rosnące niedaleko. Piasek tak samo obijał się o moje ciało, jak o kamienie i kawałek drzewa wyrzuconego na brzeg. Na jednej ze stóp odkryłam wodorost.
Podniosłam się i nadal szłam i szłam i przeszłam już tyle kilometrów, że nauczyłam się, które mięśnie pracują, kiedy podnoszę stopę, kiedy opieram ciężar ciała na nodze, kiedy podnoszę rękę, by odgarnąć włosy z twarzy. Które mięśnie pracują, gdy się uśmiecham, śpiewam.
Nie widziałam tego wszystkiego pierwszy raz w życiu i jednocześnie widziałam po raz pierwszy. Zaczęłam spotykać na swojej drodze coraz więcej ludzi, bo wchodziłam już na popularną plażę. Stopniowo przyzwyczajałam się do widoku innych ludzi i czułam się tak, jakbym rodziła się dla świata ponownie, najpierw po raz kolejny rodząc się dla siebie. Moje włosy były potargane od słonego wiatru, moje spodnie były mokre od słonej wody. Na rzęsach lśniły resztki łez i morskiej wody. Oddychałam głęboko, wchłaniając w siebie wszystko to, czym jest świat wokół, będąc jego częścią, a jednocześnie wiedząc, że to ja, to jestem ja. Nie lepsza i nie gorsza od tych, którzy mnie mijają, bo ludzie wkoło też niosą swoje zmartwienia, radości, wspomnienia o tym, co zostało odebrane, ale i nadzieje na to, co otrzymają.
Czerpię siłę z bycia ze sobą, ale nie zawsze tak było. Bywały chwile, gdy od tego uciekałam. Wtedy w moim bagażu były wielkie kamienie z napisami „jesteś beznadziejna”, „powinnaś umrzeć”, „życie nie ma sensu”, „zabij się, bo tylko wszystkich ranisz”, „wszystko niszczysz”, „jesteś nikim”. Tak bardzo chciałam, by ktoś te kamienie wyrzucił z mojego bagażu, bo czułam, jak pod ich ciężarem staję się coraz słabsza. Nie miałam siły tego nieść i nie chciałam. Wtedy prosto byłoby wejść do morza i pod ciężarem kamieni utonąć. Wtedy pragnęłam tylko wyzwolić się od nieznośnego bólu, jaki sprawiał mi ten ciężar. Każdy z Was, kto to zna, wie jaki to ogromny ból.
W końcu zrozumiałam, że wiele osób mnie kocha, ale nie mogą wyrzucić kamieni z mojego plecaka. Mogą tylko zachęcać mnie i wspierać, żebym zrobiła to sama. Tylko ja mogłam samą siebie uwolnić. Gdy w końcu zaczęłam to robić, zajęło mi to masę czasu i przyznaję, że nadal czuję czasami jakieś kamyki, które chrzęszczą między rozmaitymi rzeczami, które jeszcze noszę, ale teraz idzie mi się dużo lżej. Powiem więcej. Teraz już znacznie rzadziej zdarza mi się, że gdy nadepnę na jakiś kamień, który sprawi mi ból, biorę go do plecaka i niosę. To przydrożny kamień, na który być może w jakimś celu musiałam nadepnąć, ale czy jest mój? Mogę mieć po nim zadrapanie, siniak, ale nie muszę dźwigać kamienia.
Myślę o tym dużo szczególnie teraz, gdy chcąc nie chcąc wiele z nas zostaje teraz ze sobą dłużej, niż byśmy tego chcieli. Części z nas jest ciężko, bo będąc samymi oglądają zawartość plecaka i pogrążają się coraz bardziej. Myślę o tych osobach i wiem, jakiego rodzaju ból im dokucza. Wiem, chociaż zostawiłam większość z tego już za sobą.
W tej chwili patrzę na siebie i widzę siebie taką, jaka jestem. Nie jestem najgorszym złem świata. Nie jestem też aniołem. Mam mocne i słabe strony. Dobre i złe doświadczenia. Jestem za mało pewna siebie, ale mam też dużo empatii. Potrafię ocenić się krytycznie, ale i docenić to, co dobre. Teraz jednak siedzę w swojej sypialni i patrzę na okno i wiem jaki kawał dobrej roboty zrobiłam na terapii czy u psychiatry, bo widzę okno, a za nim księżyc i gwiazdy, niebo w które polecę podczas kolejnej podróży samolotem, a nie otwór, przez który chcę skoczyć, by skończyły się wszystkie cierpienia.
Wiem jednak, że wkoło nas są ludzie, którzy widzą to drugie. Jeżeli wiecie o kimś takim, to proszę, nie pozwólmy, żeby kogoś przygniotły kamienie w plecaku w tych trudnych chwilach, jakie obecnie przeżywa wiele osób. Podajmy numer do telefonu zaufania, namiary na terapię online.
Nie pozwólmy, żeby kolejne osoby odeszły, ani razu nie zatańczywszy z radości na plaży.

środa, 1 kwietnia 2020

Zazdrość. Dobra czy zła bohaterka?

     Zazdrość, wedle słownikowej definicji, jest uczuciem przykrości spowodowanym brakiem czegoś, co ma ktoś inny, a co my bardzo pragniemy mieć. Każdy z nas zresztą to uczucie pewnie zna. Nie musi chodzić o rzecz materialną.
     To uczucie w umiarkowany sposób jest w naszym życiu potrzebne. Sąsiad ma zarąbistą kosiarkę, wowowow, cudo. Chcę taką samą, zazdroszczę draniowi jak cholera. Swoją drogą ciekawe, skąd wziął na to pieniążki? Nieważne. Ważne, że chcę mieć to samo! Kupuję, a producent kosiarek zaciera rączki. Jak mawiał George Carlin, pożądanie rzeczy bliźniego swego napędza system gospodarczy.
    Tylko że to uczucie ma dwie strony. Pozytywna zazdrość napędza konsumpcję, a nawet może Cię zmusić do tego, żebyś wziął się w garść i zapierniczał na własne dobre samopoczucie, żeby nie zazdrościć komuś awansu w pracy, udanego związku czy czego tam jeszcze. Działa trochę jak pastuch elektryczny, tylko że nie odgania Cię, a powoduje krótkie spięcie w postaci „omg, ja też tak chcę”.
    Gdy widzisz, że ktoś ma coś, co chcesz mieć, pojawia się niemiłe uczucie, a nikt z nas nie lubi niemiłych uczuć, więc szukamy sposobu, żeby sobie z tym poradzić. Fajnie, jak w tym momencie nasze myślenie przestawi się z „chcę mieć” na „co zrobić, by mieć”. Wtedy to zazdrość inspirująca. Może nas zmotywować do zmiany pracy, do poszukania partnera, do uprawiania sportu, żeby w końcu wyglądać jak koleżanka z pracy.
   Gorzej, gdy przez zazdrość zaczynamy się topić we własnym jadzie. Frustracja Cię osłabi, a zazdrość już niejedną relację po prostu wykończyła. Zaczynasz szukać w osobie, której zazdrościsz, pierdyliard wad. No i co, że ma kasę, skoro ma krzywą twarz, hehe. Najbardziej wszystko odbija się jednak na Tobie. Ileż można pielęgnować w sobie coraz większą niechęć do innych i krytykanctwo?
    Jest też rodzaj zazdrości, który po prostu Cię zniszczy, krok po kroku, powoli. Mam w otoczeniu osobę, która we wspaniały sposób robi coś, o czym zawsze myślałam, że jest moją domeną. W zasadzie byłam zawsze przekonana, że będę to robić zawodowo, bo to kochałam, ale wtedy poznałam kogoś, kto robi to lepiej, dużo lepiej. Zaczęłam się coraz częściej porównywać z tą osobą. Nie widziałam innych ludzi, którzy też mogli to robić lepiej, bo widziałam tylko ją. W tym momencie zaczynałam czuć coraz większą niechęć do znajomej, mając wrażenie, że zabrała mi coś, co należy się mnie. Cholera, nie jestem pięknością, nie jestem też wybitnie inteligentna, ale zawsze wiedziałam, że CHCĘ PISAĆ! Dlaczego ona mi to odbiera?
    Niechęć tak mnie przeraziła, że wmówiłam sobie, że to ze mną jest coś nie tak. Widocznie jestem beznadziejna. Nie potrafię. Nigdy nie napiszę nic, co będzie genialne, co przyćmi każdego, kto chciałby napisać coś lepiej. Dzięki takiemu myśleniu, przestałam pisać cokolwiek na kilka lat. Do momentu, aż poszłam na terapię i zaczęłam sobie pomału uświadamiać, jak bardzo poniżej przeciętnej jest nie mój talent, a moja samoocena. Wtedy dostałam silne narzędzie do walki z zazdrością. Pracę nad samoakceptacją i nad poczuciem własnej wartości.
    Kiedy zrozumiałam, że nie muszę być geniuszem, a moje pisanie na skali między Dostojewskim a Lipińską nie jest wcale najgorsze, zaczęłam pisać. Dlatego między innymi powstał ten blog.

   Czy macie jakieś doświadczenia z niszczącą zazdrością? Może macie sprawdzone sposoby na to, by wredota nie zawładnęła Waszym życiem?


sobota, 28 marca 2020

Oczekiwania vs. rzeczywistość. Nauka dystansu.

    Jestem perfekcjonistką i marnuję w życiu furę energii na to, żeby wszystko było idealnie, tak jak sobie wymarzyłam. Z tego też względu wiedziałam, że nie ma sensu, abym kiedykolwiek miała wesele. To znaczy nigdy nie chciałam mieć dużego wesela, ale jednym z czynników o tym decydujących był fakt, że umarłabym ze zdenerwowania, wściekłości i rozpaczy, organizując taką uroczystość i biorąc w niej udział.
    Potrafiłam już jako dzieciak zadręczać się w nieskończoność, bo nie zrobiłam czegoś idealnie, a przecież tak miało właśnie być.
   Niestety, albo raczej na szczęście, los podarował mi niezbyt idealną fizjonomię, umiejętność skupienia się tylko na tym, co mnie realnie w danej chwili interesuje, ludzi, którzy udowadniają mi, że nic nie idzie idealnie i przede wszystkim prokrastynację.
   Najpierw uznałam, że mając do tego perfecjonizm jestem po wielokroć przeklęta przez wszystkie bóstwa i cierpię za miliony, ale to był okres nastoletniego bólu istnienia, więc możemy to odhaczyć. Później wyszłam z założenia, że to poligon do walki z samą sobą. Bo przecież logiczne, że siły dobra to perfekcjonizm, a cała reszta to siły zła, które chcą zniszczyć wzorzec ideału w moim życiu.
   Aktualnie godzę się z losem, ale wiecie, pisać to sobie można. Haha, nie musi być idealnie, dorosłam do tego. Dam Wam i sobie dowód na to, że nabrałam dystansu, a dodatkowo, że perfekcja mi raczej nie grozi.

   Chciałam mieć piękne zdjęcie na insta i Facebooka z wakacji na Krecie. Ubrałam się ładnie i poszliśmy na plażę z moim obecnie już mężem, wtedy narzeczonym. Uznałam, że muszę mieć zdjęcie na jakimś kawałku skały, który tak artystycznie obmywało morze… Już sobie wyobrażałam, że będę wyglądać niczym nimfa wodna. Tylko, że zanim z morza wyłoniła się nimfa i przysiadła na skale, musiałam przejść przez etap pożądającej fotki Grażynki, która praktycznie wczołguje się na mokrą skałę. 
    Oczyma wyobraźni już widziałam, jak kończę wakacje w gipsie, albo z glonami we wszystkich miejscach ciała. Posadziłam z wysiłkiem swoją bladą dupkę na kamulcu i mówię chłopu: „rób zdjęcia ile wlezie, później wybiorę najlepsze, bo stąd nie zlezę teraz". No i robi zdjęcia, poci się chłop w 35 stopniach, wygina się jak pręt w karuzeli. Jeszcze tak, tak i z tego profilu. A ja walczę o życie! Skała śliska, fale czasami takie, że mnie prawie zmiata!
Obejrzałam zdjęcia i ostatecznie to trafiło na insta:


Ale kurczę, w ramach tego dystansu jeszcze… To mnie tak rozbawiło, że jest moim ulubionym:
 Pozdrawiam serdecznie! :)

niedziela, 22 marca 2020

Przemyślenia z zamknięcia

    Od ponad dwóch tygodni staram się nie wychodzić z domu. Jestem trochę chora, więc to po prostu względy bezpieczeństwa i dbałość o ludzi, którzy ewentualnie mieliby pecha, kupując papier toaletowy czy inny makaron w tej samej Biedrze co ja. Aktualnie kicham tak głośno, że obawiam się, że sąsiedzi zgłoszą to odpowiednim organom, zaniepokojeni o własny stan zdrowia. Dodatkowo nadal spędzam czas na bezrobociu.
    Dzięki przedłużonemu „aresztowi domowemu” uświadomiłam sobie ostatnio kilka rzeczy:
1. Uwielbiam pracować w domu. Naprawdę powinnam mieć pracę zdalną. Spełnieniem moich marzeń byłaby praca, w której mogłabym pisać z własnego mieszkania, bez codziennych dojazdów.
2. Potrafię sobie doskonale zorganizować dzień. Przy ćwiczeniach fizycznych słucham hiszpańskich rozmówek, oglądam filmy czy seriale. Znajduję czas na swoje dawne pasje, nowe pasje. Piszę i gotuję, rysuję i piorę. I wcale nie śpię do 14, a obawiałam się, że tak będzie :D.
3. Mam czas się zastanowić nad sobą, nad życiem. Czuję coraz mniejszy przymus bycia idealną. Robię po prostu to, co lubię. Pewnie, że wkurzam się, gdy mi nie wychodzi tak jak chcę, ale nie wpadam już z tego powodu w błędne koło obwiniania się, czarnowidztwa itp.
4. Zdrowie to priorytet. Nie szanowałam go dawniej. Zaczęłam chorować niemalże non stop, gdy w moim życiu nastąpiło gwałtowne załamanie psychiki. Zamiast już wtedy zastanowić się, jak odciąć się od osób, które tak na mnie wpływają, brałam kolejne leki, antybiotyki, suplementy. Teraz wyobrażam sobie, że dowiaduję się o chorobie kogoś z rodziny. Mam w rodzinie osoby, które starcia z paskudztwem z Chin mogłyby nie przeżyć. Co wtedy jest istotne? Praca? Pieniądze? Chyba jednak nie…
   Wczoraj byłam bardzo podekscytowana pierwszym dniem wiosny. Uwielbiam, gdy wszystko budzi się do życia. Aby tradycji stało się zadość, dzisiaj za oknem szalała prawdziwa śnieżyca. Na szczęście teraz śnieg już stopniał. Oby jak najszybciej wszędzie zrobiło się zielono!
Oto efekt mojego nowego hobby. Nic mnie tak obecnie nie relaksuje, jak rysowanie z pomocą tableta graficznego :).

niedziela, 8 marca 2020

A to feler...

      Jeszcze jesienią zeszłego roku byłam sfrustrowana z powodu pracy, jaką wykonywałam. Miałam wrażenie, że w ogóle się nie rozwijam, nie robię nic twórczego, a ponadto atmosfera w pracy pozostawiała wiele do życzenia. Gdy więc w listopadzie opuszczałam tamto miejsce, postanowiłam zająć się czymś nowym, twórczym. W zasadzie uznałam, że teraz czas na to, na co dawniej nie miałam ani czasu, ani siły. Z takim mocnym postanowieniem przespałam prawie cały listopad. Pozwoliłam sobie na wyłączenie wszelkiego wysiłku. Zajęłam się za to prowadzeniem domu.
      Z ręką na sercu, miałam w życiu zadatki na różne wspaniałe role, jakie mogłabym pełnić w społeczeństwie, ale nigdy nie wykazywałam zdolności w kierunku prowadzenia domu. Jeżeli zastanawiacie się jak to możliwe, że istnieją osoby, które nie dostrzegają wkoło siebie bałaganu i potrafią przypadkiem spalić sos z torebki, to właśnie pragnę powiedzieć, że ja też nie wiem jak to możliwe, ale tacy ludzie istnieją, a jedną taką osobę spotykam codziennie patrząc w lustro.
      Z dnia na dzień zostałam jednak panią domu. Chciałam się rozwijać i robić coś twórczego, przełamać rutynę. Okazało się, że nieświadomie zafundowałam sobie walkę z moimi słabościami. Jasne, wcześniej potrafiłam zrobić jakieś proste dania. Na początku też się nie wysilałam, bo po co, skoro da się zjeść i nie umrzeć. Później zaczynałam coraz bardziej kombinować, szukać nowości, łączyć smaki, aż dorobiłam się kilkunastu dań, które są dla mnie banalne, a smakują cudownie. I właśnie wtedy, kiedy już czułam się carycą babeczek i pierników, władczynią połaci zamrożonych, własnoręcznie ulepionych pierogów, koneserką wysublimowanych przypraw i perfekcyjną żonglerką wegańskimi zamiennikami, los postanowił dobitnie mi pokazać, że pokora jest wielką cnotą. Naczytałam się o tym, jak to zarąbiście zdrowy jest seler naciowy. Na włosy, paznokcie, skórę, zdrowie, ma witaminy, tańczy, śpiewa, recytuje. Kupiłam cudną zieloną łodygę i postanowiłam dodać do czego się da, zanim się zepsuje. Szkoda, że aż tyle, zanim zrozumiałam, że paskudztwo potrafi zdominować każde danie, a do smoothie mogłabym dodać z tym selerem nawet najdroższego szampana do spółki z super egzotycznymi owocami, których nie ma nawet w Lidlu, a i tak czuć by było tylko selera, panoszącego się niczym zielona Cruella De Mon. Zraziłam się chyba na dłuższy czas i póki co seler-dominator u nas nie gości.
      Podobne rozczarowanie spotkało mnie przy okazji zachwalanej przez blogosferę zupy dyniowej. Boże, jaka ja byłam z siebie dumna. Sama to gotowałam, blendowałam, dodałam imbir. Poczułam się jak prawdziwa jesieniara z instagrama. Podałam, mąż coś tam zjadł. I wtedy usłyszałam magiczne słowa, o których marzy każda zakochana kobieta, która ślęczała pół dnia przy garach:
-Dobre, ale nie rób więcej.
     To jest takie zdanie-klasyk. Prawie jak „to nie tak jak myślisz”, albo „żona mnie nie rozumie, nie sypiamy ze sobą” czy, nie wiem… „mam referencje, ja naprawdę mam referencje!”.
Cóż, czas poszukać pracy. Byle nie w warzywniaku, bo rozumiecie, SELER ;).

piątek, 6 marca 2020

O żałobie i oczekiwaniach z nią związanych.

     Zwykle nie śledzę plotek z rodzimego show-biznesu, nie oglądam polskich seriali od wielu lat. Z grubsza orientuję się kto jest kim, w czym grał i to by było na tyle. Od kilku dni jednakże trudno nie natknąć się w internecie na informacje dotyczące p. Pawła Królikowskiego oraz jego rodziny. Nie wypowiadałam się na ten temat nigdzie, a rodzinie pana Pawła bardzo współczuję. Dzisiaj jednak natknęłam się na Facebooku na gorące dyskusje o pogrzebie ww. aktora. 
   Mniejsza z tym, jakie źródło było akurat komentowane. Jakaś kobieta była zbulwersowana zachowaniem rodziny pana Królikowskiego. Była zbulwersowana tak bardzo, że napisała jadowity komentarz dotyczący... przemówienia syna zmarłego aktora. Z ciekawości kliknęłam w artykuł i próbowałam zrozumieć w czym rzecz. Otóż wyobraźcie sobie, że ową panią, oraz niektóre osoby komentujące jej wypowiedź, oburzyła zbytnia swoboda, z jaką wygłaszano mowy na pogrzebie. Syn podobno pozwolił sobie nawet na żarty! Na pogrzebie! Sodoma i Gomora. To faktycznie straszne, żeby na pogrzebie najbliższej osoby pozwolić sobie na żarty. Z jednej strony pewnie nadal do końca nie wierząc, że ta osoba odeszła, z drugiej rozpaczliwie pragnąć, by to ostatnie pożegnanie choć w części oddało to, czego nam brak. Normalności, poczucia obecności kochanej osoby, chęci przywołania jej choćby w niewinnym żarcie do żywych, uchylenia wieka, żeby nie zwariować, nie załamać się i zwyczajnie nie wpaść w rozpacz na oczach wszystkich, którzy przyszli pożegnać kogoś, kto dla nas być może był całym światem. Ważną jego częścią.
     Natychmiast przypomniał mi się pogrzeb mojego ojca. To było prawie trzy lata temu. Przyjechała rodzina, przyszli bliscy ludzie. Na pogrzebie były osoby, które pierwszy raz widziałam na oczy, ale miałam świadomość, że dzieliły z moim ojcem wspomnienia, do których ja nie miałam dostępu. Rozmaite sytuacje w pracy i kręgu towarzyskim. Ludzie płakali, a ja działałam jak automat. Proszę tutaj, tu jest kaplica. Dziękuję za wyrazy współczucia, to miło, że państwo przyszliście go pożegnać. U mnie wszystko dobrze, martwię się tylko o mamę. Mamo, dobrze się czujesz? Może chcesz coś na uspokojenie? 
     Zero łez z mojej strony. Pełne opanowanie, poparte przeświadczeniem, że po prostu muszę to znieść. Nie chciałam, żeby ktoś widział mnie płaczącą. Chciałam, żeby matka mogła znaleźć we mnie oparcie. 
     Podobno dorośli faceci płakali jak dzieciaki, gdy wraz z rodzeństwem rozsypywaliśmy piasek z polskiej plaży na trumnę ojca. Tak bardzo chciał znowu zamieszkać tam, skąd pochodził, a nigdy mu już nie będzie dane! Serce podchodziło mi do gardła, gdy klęczałam nad jego grobem i sypałam piasek. Przytulałam później mamę, rodzeństwo, dzieci rodzeństwa i nic. Zero łez. 
     Później stypa. Jakim ojciec był jajcarzem i w dodatku jakim złośliwym! Kurza twarz, nie ma opcji, żebyśmy go żegnali tak poważnie. To był człowiek, który by zasnął na operze, do kościoła chodzić nie lubił, patos go męczył. Dzień przed pogrzebem przyszedł do mnie brat, bo uznał, że to za mało. Kościół, cmentarz i stypa, na której miał być ulubiony przez ojca rosół. Trzeba coś dodać, to nie może tak być. To nie jest pożegnanie, tylko odbębnienie tego. Tak czuliśmy. Więc spisaliśmy kilka pomysłów. Napisałam z tego przemowę na kartkę A4. A to był taki jajcarz, ten mój ojczulo, że o matko, nie do podrobienia. Słuchaj, mówię, dodamy kilka jego powiedzonek. Tych najbardziej złośliwych i śmiesznych. Kurza twarz, niech się ludzie pośmieją trochę. Przecież każdy się śmiał w jego towarzystwie. Dodajmy też zdjęcia. Jak się przebrał na czyimś weselu za babę czy stracha na wróble. Jak miał fryzurę na późnego Elvisa. 
     Siostra powiedziała, że ona nie da rady tego przeczytać na stypie. Brat powiedział, że spoko, ale może mu się głos łamać. Ja nie miałam wątpliwości, że sobie poradzę. Wjeżdżamy na stypę i nie wiem nawet kiedy, zaczynam mówić, czytać, pokazywać zdjęcia, opowiadać anegdotki. Ludzie uśmiechają się przez łzy. Atmosfera robi się luźniejsza. Bo nie ma już tylko płaczu, są ciepłe wspomnienia. A pamiętasz, jak wujek...? O, patrz jak śmiesznie z wąsem wyglądał.
    To był mój ojciec. Atmosfera rozluźnienia, poczucie humoru. Wtedy naprawdę wiedzieliśmy, że nie odszedł tak zupełnie. Jego zabawne i złośliwe komentarze towarzyszyły każdemu z nas. Niechże jemu też towarzyszą nasze! Czyż to nie najlepszy dowód, że odszedł, ale nie całkiem? Że jakaś jego cząstka zostanie z nami na zawsze? 
     Żałoby nie potrafiłam nosić, bo ja nigdy nie lubiłam nic robić na pokaz, bo tak wypada. Nie wiem, co w związku z tym, oraz całą powyższą historią pomyśleli o mnie ludzie, którzy byli świadkami tego wszystkiego. Jednej ciotce przeszkadzało, że moja bratanica i moje siostrzenice płakały na pogrzebie. Bo płakały podobno za bardzo. Pewnie ktoś się uczepił, że nie przyjęłam komunii w kościele. Może ktoś miał za złe naszą chwilami żartobliwą przemowę? Może za mocno morskim piaskiem zaakcentowaliśmy, że ojciec nigdy nie był do końca ze Śląska? Że jego dusza zawsze była gdzieś nad morzem?
     Słuchajcie, ja na to gwiżdżę, bo wiem, że każdy z nas przeżywa to inaczej. Jeden będzie wył z rozpaczy, drugi nie pokaże emocji, trzeci pogodzi się z sytuacją szybko, czwarty wolno. Po prostu nie ma jednego sposobu na radzenie sobie z tym. I ruszają mnie tylko komentarze, których autorzy uważają, że mają monopol na prawdę i na to, jak każdy powinien się zachować w danej sytuacji. Tym bardziej, że ja często jestem w opozycji do tego, co tam sobie większość wymyśli. 
     Przeżywasz na swój sposób, ale to nie znaczy, że nie przeżywasz wcale. Po wszystkim, po pogrzebie i stypie, długo płakałam, gdy już znalazłam się w pokoju sama. Później długo nie mogłam się oswoić z tym, że Jurcia już nie ma. Chodziłam na terapię. A teraz, gdy chodzę na jego grób, to wiem, że jakaś część jego zawsze będzie ze mną. Ja się tam nie modlę. Słuchamy razem Niemena i The Beatles, "tak cicho, żeby nie wadzić nikomu". Jakby zobaczył, że się modlę, to by się chyba śmiał i rzucał złośliwostkami, bo znał moją przekorę, niezłomność w kwestii światopoglądowej i wiedział, że jestem niewierząca. Czasami mi z tego powodu docinał, ale widziałam, że jest dumny.
     Ten, kto ma wiedzieć, co się dzieje w naszym sercu, wie o tym. Nie oceniajmy czyjegoś żalu, na prawdę.