Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologicznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologicznie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2020

Jak nie osiągać sukcesu?

Czasami wpadają mi w ręce poradniki i artykuły, w których autor dzieli się receptą na sukces. Niedawno, sfrustrowana swoimi próbami pisarskimi, przeczytałam, że dobrze jest pisać o tym, co się zna, kocha, albo w czym jest się ekspertem. Wtedy to jakby naturalnie przychodzi. Przyznaję, że niegłupio to brzmi. Kłopotliwym pytaniem jest, w czym ja jestem tak naprawdę dobra, w czym jestem ekspertem. 10 potraw z makaronu, albo 5 sposobów na ignorowanie kota nie zapewni mi nie tylko literackiego Nobla, ale nawet gazeta w stylu „Chwila dla Ciebie” nie zapłaci mi za to marnych 50 zł. Bądźmy poważni. Chyba każdy w tym kraju potrafi zrobić coś prostego z makaronu, a niczego trudnego sama nie potrafię. Ignorowanie kota bywa zaś zwyczajnie niemożliwe.

Jest jedna rzecz, w której mogłabym udzielać porad. Myślę, że odwrócony coaching stworzono dla ludzi takich jak ja. Przetestowałam na sobie kilka niezawodnych sposobów na to, jak nie osiągnąć sukcesu. Jak samodzielnie skopać swoje plany w metaforycznych glanach, jak się autodemotywować.

1. Znasz to uczucie, kiedy idziesz do pracy czy szkoły z taką wiarą w siebie i swoje możliwości? Jestem zdolną i kompetentną jednostką. Materiał obryty na 5. Jestem pewna, że sobie poradzę! Znasz? Ja też nie znam… Mogłam być po dwóch tygodniach zakuwania, a i tak miałam wrażenie, że wiem za mało. W obecnej pracy dość szybko się uczę, ale ciągle kurczowo się trzymam myśli, że jeszcze tyyyle nie wiem. Negatywne nastawienie do swoich umiejętności i ich umniejszanie, to fantastyczna recepta na to, żeby nie osiągać niczego, a to właśnie jest naszym celem!

2. Wysoko stawiaj sobie poprzeczkę. Mówiąc „wysoko” nie mam na myśli miejsca, do którego możesz doskoczyć, jeżeli się naprawdę przyłożysz i potrenujesz. Zaszalej. Jeżeli chcesz pisać, to pamiętaj, że Twoja powieść musi sprać tyłek samemu mistrzowi Dostojewskiemu z jego wspaniałą literaturą. Nie ma miejsca na nic przeciętnego! Nakładaj na siebie niemożliwą presję i wyznaczaj sobie cele, których osiągnięcie leży w granicach błędu statystycznego. Posmak frustracji, niezadowolenia, poczucia niższości i bylejakości o poranku jest daleko bardziej niezbędny niż zdrowe śniadanie. W krótkim czasie możesz dojść do imponujących rezultatów, takich jak utrata resztek wiary w samego siebie, a także jakże atrakcyjne porzucenie na zawsze swoich marzeń.

3. Wytłumacz sobie, że odkładanie wszystkiego na później, to cecha ludzi inteligentnych i odkładaj w ten sposób wszystko. Szczególnie skup się na tym, by nie ćwiczyć zbyt wiele. „Zrobię to później” to wspaniałe słowa, które dają niezwykle relaksujące poczucie, że obowiązki odpływają niczym senne marzenia, gdy otwierasz oczy o poranku.

4. Dużo porównuj się z innymi i przenigdy nie szukaj swojej drogi do zrobienia tego, na czym Ci zależy. Ludzie mówią, że wczesne wstawanie to recepta na sukces, a Ty jesteś sową i obudzona skoro świt masz ochotę rzucać mięsem, zamiast radośnie wsłuchiwać się w ptasie trele za oknem? Prędzej o tej godzinie zaplanujesz pogrzeb, niż ścieżkę kariery? Wstawaj wcześnie, autorytety się nie mylą. Nigdy. Never. Nie ma opcji. Co zrobisz, gdy każdy z klasy idzie na studia, a Ciebie niesamowicie ciągnie do fryzjerstwa? No oczywiście, że pójdziesz na kierunek, który interesuje Cię tak sobie. No weź.

Jeżeli odnajdujesz w tym siebie, to znaczy, że jesteś z wieloma rzeczami równie w d. jak ja. Tekst powstał z połączenia zmęczenia i frustracji. Próbuję coś pisać i ciągle jestem wkurzona, jak bardzo jest to słabe. Nie dam nikomu do przeczytania, bo się wstydzę, że nie jestem geniuszem, a przecież muszę, bo jak to tak :o).

sobota, 20 czerwca 2020

Moja wyspa.

Bardzo lubię zwiedzać, poznawać nowe miejsca. Potrafię się zachwycić pięknem natury oraz perełkami architektury. Jest jednak takie miejsce, do którego wracam przynajmniej raz w roku, właściwie od urodzenia. Tym miejscem jest Wyspa Wolin. Nie potrafię wyobrazić sobie lepszego miejsca dla siebie. Gdy byłam dzieckiem, spędzałam tam calutkie wakacje. Teraz przynajmniej kilka dni w roku. Mogłabym jeździć dookoła świata, ale podróż zaczynałaby i kończyłaby się na Wyspie Wolin. 
Morze Bałtyckie
W tym roku pojechałam na krótko, ale i tak odczułam ten niezwykle pozytywny wpływ wyspy na moje życie, zdrowie psychiczne. Najbardziej lubię to miejsce poza sezonem urlopowym. Wtedy mogę w absolutnej ciszy i samotności włóczyć się po lasach, być sam na sam z morzem.
Odkąd pamiętam moją największą bolączką jest to, że nie na wszystko w życiu mam wpływ. Dręczy mnie fakt, jak mnóstwo rzeczy ode mnie nie zależy, jak czasami niewiele mogę. To mnie bardzo frustruje i odbiera mi chęć do życia. Najlepszym terapeutą zawsze były dla mnie tamtejsze okolice. Od nowa uczę się, że są rzeczy, które ogarniam i takie, które mnie przerastają. Zgubiłam się w lesie? Poradzę sobie, bo mam wiedzę, która pomoże mi wyjść z tarapatów. Poradzę sobie na środku jeziora czy w morzu, o ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego ze strony natury.
Morze uczy największej pokory. Siadam naprzeciwko niego i słucham. Czasami morze szumi spokojnie, dając wytchnienie, ułatwiając medytację, zapraszając i obiecując spokojne wody. Innym razem słychać w nim wyraźną złość. Czasami słychać o dawnych czasach, o tragediach, o ludzkiej głupocie. Co roku słyszymy o nierozważnych ludziach, którzy stracili w Bałtyku życie. Największe katastrofy morskie miały miejsce w tych zimnych, bałtyckich wodach.
Ono ode mnie nie zależy. Woda to zdradliwy żywioł. Pamiętam, gdy lata temu fala podcięła mi nogi i morski prąd ciągnął mnie pod wodę. Była to najwyraźniejsza w moim życiu chwila „być albo nie być”. Liczyło się przeżycie. Okropne, jak wielu ludzi może z takiej lekcji pokory nie wyjść cało. Mnie się udało, dlatego zawsze będę mieć dla morza pokorę i wdzięczność.
W każdym z tych miejsc, w lasach kipiących zielenią i zapachem igliwia, krzewach pełnych jagód, jeziorach, nad którymi rankiem snuje się mgła, a wieczorem czerwieni się odbicie zachodzącego słońca, zmiennym i kapryśnym morzu, zostawiłam część swoich myśli, marzeń, duszy. Moja dusza jest przesiąknięta morską solą, wiatrem znad Bałtyku, zielenią łąk i lasów otaczających jeziora, melancholią samotnych spacerów i radością błyszczącego słońca tańczącego na morskich falach.
Miałam ostatnio gorszy czas. Każda chwila spędzona na wyspie była jak lekarstwo. Dziękuję.

Zachód słońca nad Jeziorem Wisełka.
W swoim żywiole :).

piątek, 17 kwietnia 2020

Nie jesteśmy pro-life.

W związku z przebudzeniem pani Godek z popiołów pandemicznego świata, na nowo rozgorzała dyskusja o aborcji. Rzecz w tym mianowicie, że nowy projekt zakłada by zabronić Polkom aborcji w chwili, gdy płód jest uszkodzony/ciężko chory.
W związku z powyższym, od pewnego czasu atakują mnie na facebooku zdjęcia abortowanych płodów, 25-tygodniowych poronionych płodów, a z drugiej strony barykady zdjęcia tzw. „dzieci Chazana”. Plus oczywiście pytania i dyskusje: „Czy to jest dziecko?”, „czy takie dziecko powinno się urodzić?”.
Ale ja nie o tym.
Kilka lat temu nocą buszowałam po forum internetowym i natknęłam się na wątek o terminacji ciąży. Kobiety, które często latami starały się o dziecko. Kobiety, które na widok dwóch kresek na teście skakały z radości aż pod sufit. Kobiety, które po otrzymaniu wyników badań, zamierały z rozpaczy. Strach, złość, rozpacz. Poszukiwanie informacji. Wreszcie decyzja o zakończeniu ciąży, a wraz z nią niekończące się pytania, wątpliwości. Wspierały się wzajemnie, bo każda z nich to przeżyła. Niektóre więcej niż raz. Podtrzymywała je na duchu myśl, że ich dziecko nie cierpi. Nie urodzi się po to, by cierpieć. Nie urodzi się po to, by od razu umrzeć.
Patrzyłam wiele razy na kobiety, które z radością szykowały się do rozwiązania. Ich dzieci miały być zdrowe. Wybierały meble do dziecinnego pokoju, ubranka, zabawki. Ten czas był czasem radosnego oczekiwania. Były schronieniem dla nowego życia, które miały przynieść na świat. Co robią wtedy te kobiety, które noszą w sobie dziecko, któremu mogą wybrać trumnę zamiast łóżeczka? Jakie to uczucie szykować trumnę, zamiast kołyski? A teraz, jakie to uczucie wiedzieć, że musi to potrwać 9 miesięcy, a nie np. 4? 5 dodatkowych miesięcy męki psychicznej dla kobiety, która nosi dziecko z bezmózgowiem. Są kobiety, które chcą urodzić takie dziecko, pożegnać się z nim. Ich wybór, ich święte prawo. Czy reszta musi?
Cały czas zresztą dyskusja toczy się wkoło tych dzieci. Ja przyglądam się matkom. Zwłaszcza matkom, które mają chore dzieci. Jak zmierzyć cierpienie kobiety, która każdego dnia patrzy na swoje chore dziecko i wie, że po jej śmierci ono będzie zdane na łaskę i niełaskę obcych? Może dodajmy do siebie takie liczby. Po ilu miesiącach zostanie sama, bo ojciec dziecka nie da rady psychicznie? Albo otoczenie się wykruszy? Wszystkie koleżanki mają zdrowe dzieci, więc o czym tu z nią gadać. Może dodajmy do tego, jak śmieszną dostanie kwotę na leki i terapię dla swojego dziecka? Koniecznie dodajmy też ból. Ile razy go czuje, podnosząc swoje coraz cięższe dziecko? A ile wylała już łez? Ile razy uderzyło ją jej dorosłe już dziecko, które nie panuje nad sobą i swoją siłą?
Nie mnóżcie tego tylko przez ilość sąsiadów, którzy zaoferują pomoc, by taka matka mogła np. wyjść choćby do kina odreagować. Albo pro-liferami, którzy pomagają w ośrodku, w którym terapię ma jej dziecko. A już na pewno nie politykami, którzy serio się tym przejmują, bo Wam wyjdą jakieś śmieszne liczby.
Co mnie zainspirowało do napisania to post kobiety, która ma chore dziecko. Wolontariusze do ośrodka się nie garną. Ona nie ma takiego wsparcia z państwa, które zagwarantowałoby godny byt jej i dziecku.
Chcesz być pro-life? Pomóż takim kobietom. Zrób zbiórkę, zrób jej zakupy, pomóżcie ze znajomymi w opiece. Zarzućcie cały ten sejmowy kocioł listami wsparcia dla matek niepełnosprawnych dzieci, domagajcie się godnego bytu dla tych, którzy już się narodzili.
I nie rozśmieszajcie mnie mówiąc w tym kraju o realnej ochronie życia, gdy nie było maseczek dla szpitali, pacjentom onkologicznym pokazuje się faka, a protestujących rodziców niepełnosprawnych dzieci traktuje się jak wyłudzaczy.

wtorek, 14 kwietnia 2020

Co chciałabym powiedzieć każdej kobiecie?

Miałam dodać ten tekst na bloga wcześniej, w okolicach Dnia Kobiet, jednakże czułam, że nadejdzie na niego inny, bardziej odpowiedni czas. Czas nadszedł, wraz z tym, co dzieje się obecnie w polityce, a wraz z nim punkt 4 tego tekstu. Co chciałabym powiedzieć każdej kobiecie? Zwłaszcza takiej, której dobrze życzę?
1. Nie musisz być idealna.
Nawet nie możesz być idealna, bo ideały nie istnieją. Dodatkowo próbując z siebie zrobić chodzący ideał, wpadasz we frustrację. A wiesz, kto najwięcej lansuje to, co właśnie napisałam? Kolorowe gazetki dla kobiet, które jednym tchem krzyczą z półki, że nie musisz być doskonała, ale tutaj masz dietę na 1000 kcal, tutaj propozycję, jak się modnie ubrać za kwotę przekraczającą połowę Twojej wypłaty, poniżej tricki jak powiedzieć coś, co chcesz powiedzieć partnerowi, ale tak żeby wyszło, że tak naprawdę mówisz coś innego. Jak być profesjonalistką w pracy. Jak zrobić idealny sernik i podać go w idealnej atmosferze idealnym dzieciom na idealnej zastawie. No i nie zapominajmy o 10 pozycjach seksualnych, dzięki którym ON oszaleje. Kimkolwiek, kurza twarz jest ON, warto pamiętać, żeby Tobie też było przyjemnie, więc musisz się dowiedzieć, jak osiągnąć orgazm taki, siaki i owaki.
Na instagramie takie życie wzbudzi z pewnością podziw, ale mówimy o zwykłym życiu. Czasami musisz poświęcić więcej czasu pracy, czasami nie pójdziesz na siłownię, bo dziecko nagle sobie przypomniało, że ma przynieść na jutro do szkoły liście 5 gatunków drzew, więc zapitalasz wkoło bloków z dzieciakiem za rękę, starasz się omijać psie kupy, a twarz robi Ci się czerwona, bo jesień jest piękna, ale jednak późnym popołudniem zaczyna już pizgać złem. Mąż w tym czasie jest u weterynarza, bo Wasz idealny kot rzyga od kilku godzin jak… kot ;). I to na idealne panele.
2. Oczekiwania i poglądy innych to nadal są ich oczekiwania i ich poglądy.
Od listopada nie pracuję. Musiałam ogarnąć zdrowie i w końcu się to udało. Zdarzyło mi się natomiast usłyszeć już wypowiedziany między słowami zarzut, że nie jestem ambitna, skoro nie pracuję zawodowo i „ja byyym taaak nie mooogła”.
Wyjaśnijmy sobie jedno. Ambicja dla każdego inne ma imię i każdy chce się rozwijać w czymś innym. Czy ambitna jest osoba, która owszem, pracuje, ale np. nie znosi swojej pracy? Ja zostawiłam pracę, do której naprawdę nie miałam już sił i serca. Byłam tak sfrustrowana, że nie miałam siły na swoje hobby. Odkąd nie pracuję, doskonalę rysowanie, pisanie, nauczyłam się przyrządzać często naprawdę niełatwe potrawy, czytam masę książek, znajduję czas na ćwiczenia… Parafrazując Stachurę, niech sobie wszyscy z tymi swoimi etatami będą ambitni, a ja z tymi swoimi pasjami niech sobie będę nieambitna ;).
Ponadto wychowywanie dzieci to też ambitne zajęcie. Znam dziewczynę, która jest dla mnie ideałem mamy. Tyle zabaw i zajęć wspomagających rozwój dzieci, jakie ona potrafi zorganizować, to ja bym nawet nie wymyśliła, a zaliczam się raczej do grona osób kreatywnych.
3. Rozmiar XS czy S nie zapewni Ci szczęścia sam w sobie, nie każdy musi w taki rozmiar ubrań się mieścić i to nie czyni kobiety brzydką i zaniedbaną.
Był w moim życiu moment, że odchudziłam się do wagi 52 kg przy 168 cm wzrostu. Wow, sukces! Ubrania leżały na mnie pięknie, a ja miałam depresję i w sumie miałabym ją nawet z wagą 72 kg. Gdy po dłuższej terapii trafiłam na zajęcia z tańca brzucha, na korytarzu minęła mnie niepozorna kobitka z uśmiechem od ucha do ucha. Ale wygląd, figura…? Nic specjalnego. Ot normalna babka. Kręciły się tam zresztą różne kobiety. Wiek 19-50 lat tak na oko. Całe spektrum rozmiarów czy typów urody.
Weszłyśmy na salę, a później weszła instruktorka. Ta sama kobieta, która minęła mnie na korytarzu. Gdy zaczęła tańczyć, stała się najpiękniejszą kobietą jaką widziałam. Mogła sobie nie być fit laską z wyrzeźbionym ciałem, mogła mieć przeciętne rysy twarzy, ale ruszała się w niebywale cudowny sposób. Żadna fałdka nie była zbędna, szerokie biodra były najlepszym atrybutem. I ten uśmiech! Pierwsze co zrobiłam, to po lekcji tańca kupiłam sobie drożdżówkę. A przed lekcją martwiłam się, że ważę więcej niż 55 kg i że przecież nie tak miało być, dlaczego mi to robisz świecie?!
Aktualnie prawie codziennie przed lustrem kręcę sobie dupcią i potrząsam cycem, mimo że waga pokazała mi właśnie 60 kg. I robię to z uśmiechem. Moim zdaniem kobieta, która siebie akceptuje, potrafi z uśmiechem przejrzeć się w lustrze, jest najpiękniejsza. Pewnie, że nie wszystko mi się w sobie podoba, mam kompleksy. Najważniejsze, że zaczynam podchodzić do siebie z większą wyrozumiałością i akceptacją.
4. Ty decydujesz.
I kropka. Ty, tylko Ty wiesz, co jest dla Ciebie najlepsze. Nikomu nie pozwól odebrać Ci prawa do własnych decyzji.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Co czujesz, gdy spotykasz sam siebie?

Lubię czasami wyjść na spacer, albo po prostu siedzieć i gapić się przez okno. Zdarza mi się siedzieć tak i patrzeć na to, jak po niebie wędrują chmury, jak zmienia się położenie gwiazd w zależności od tego, jak blisko jest do świtu. Jak zmieniają się kolory nieba podczas zachodu słońca, jak dzień przechodzi w noc, jak noc zmienia się w dzień. Obserwacja natury w połączeniu z rozmyślaniem to jedna z tych przyjemności, którą rozkoszuję się, gdy tylko mogę.
W zeszłym roku w kwietniu spacerowałam po plaży. Było jeszcze chłodno, a ja specjalnie wybrałam takie miejsce, w którym nie ma turystów. Najpierw sama chodziłam po osiedlu domków przy lesie, które o tej porze roku wyglądało jak wymarłe miasteczko. Nie było chyba nikogo, albo ja nikogo nie spotkałam. Chodziłam ścieżkami i rozglądałam się. Weszłam do lasu i specjalnie wybrałam najdłuższy szlak, by dojść na plażę. W lesie nie spotkałam nikogo poza sobą. Przyszłam nie tylko do lasu, poszłam nie tylko na plażę. Poszłam do siebie, spotkać się z sobą samą, porozmawiać, zastanowić się.
Był taki moment, w którym byłam całkiem sama w oszałamiającej ciszy, w środku lasu. Słońce przeświecało przez korony drzew, przez gałęzie. Słyszałam lekki szum u góry. Podniosłam głowę i zobaczyłam niebo. Wkoło mnie były drzewa, krzewy, pagórki zielonej trawy, korzenie, konary. Czułam się częścią otaczającej mnie natury, jakby całe moje wcześniejsze życie zmierzało do tej chwili i jakby całe późniejsze miało być już zawsze bogatsze o tę chwilę.
Biegłam, gdy miałam ochotę. Płakałam, myśląc o czymś smutnym. Byłam sama, ale z całym bagażem tego, co oznacza bycie mną. Ten las pokazał mi tata, którego już nie ma wśród nas, ale zawsze go będę ze sobą nosić. Po tym lesie biegałam z przyjaciółmi. Wrosłam w ten las, tak jak on we mnie i gdy z niego wyjdę, będzie ze mną już zawsze. I krótki ślad mojej obecności zawsze już tutaj zostanie. Śmiech, łzy, szybkie kroki, powolny spacer. Piosenka, którą nuciłam sama dla siebie. Wszyscy, których niosę w swoim sercu, w swojej pamięci.
Patrzyłam na wszystko, jakby pierwszy raz w życiu to widząc i wiedziałam, że nie wszystko skończone. Jeszcze wszystko może być dobrze.
Słyszałam coraz głośniejszy szum morza. Zobaczyłam je. Wiał wiatr, morze było lekko wzburzone. Było trochę zimno, ale zeszłam na plażę. Zdjęłam buty i czułam, jak piasek przesuwa się pomiędzy moimi palcami, gdy idę w stronę morza. Gdy byłam już blisko, czułam, jak napinają się mięśnie w stopach. Przygotowałam się na to, że woda będzie lodowata, ale i tak jej temperatura była szokiem. Przez chwilę straciłam czucie w stopach, ale szłam dalej. Zaczęłam iść wzdłuż brzegu, uciekać przed falami, przeskakiwać je, gonić. Uśmiechnęłam się, a gdy w końcu nie udało mi się uciec i moje dżinsy są mokre aż do kolan, śmiałam się, jakbym była pierwszym człowiekiem na świecie, którego cwana fala tak urządziła.
Rzuciłam buty gdzieś na plażę, a sama bez lęku biegłam brzegiem morza, nie bałam się, że mogę się poślizgnąć, nabrałam wody do rąk i rzuciłam nad siebie. Tańczyłam i śpiewałam nad brzegiem morza. Jacyś ludzie pojawili się z lewej strony i prowadzili rowery. Pozdrowiłam ich radosnym uśmiechem i znowu zostałam sama. Nie samotna. Nie jesteś samotna, powiedziałam do siebie, obejmując się rękami. Położyłam się na plaży i patrzyłam w niebo. Później szłam wzdłuż morza, wymyśliłam na poczekaniu tekst własnej piosenki.
Było trochę zimno, ale zatrzymałam się, żeby dokładnie obejrzeć korzenie drzew, które zsuwają się z wydm, po tym jak podmyła je woda podczas któregoś sztormu. Morze wyrzuciło spory kawał drzewa, więc przyglądałam się wodorostom na nim, muszlom, które się do niego przylepiły i całej masie biedronek, które spacerują wzdłuż pniaka. Później oglądałam kamienie, którymi usłany był spory kawałek brzegu. Najpiękniej jednak było, gdy leżałam na plaży, z twarzą w stronę morza. Kiedyś czułam się jak drobina wobec absolutu. Teraz czułam się nie mniej obca niż jeden z kamieni. Wiatr smagał mnie jak drzewa rosnące niedaleko. Piasek tak samo obijał się o moje ciało, jak o kamienie i kawałek drzewa wyrzuconego na brzeg. Na jednej ze stóp odkryłam wodorost.
Podniosłam się i nadal szłam i szłam i przeszłam już tyle kilometrów, że nauczyłam się, które mięśnie pracują, kiedy podnoszę stopę, kiedy opieram ciężar ciała na nodze, kiedy podnoszę rękę, by odgarnąć włosy z twarzy. Które mięśnie pracują, gdy się uśmiecham, śpiewam.
Nie widziałam tego wszystkiego pierwszy raz w życiu i jednocześnie widziałam po raz pierwszy. Zaczęłam spotykać na swojej drodze coraz więcej ludzi, bo wchodziłam już na popularną plażę. Stopniowo przyzwyczajałam się do widoku innych ludzi i czułam się tak, jakbym rodziła się dla świata ponownie, najpierw po raz kolejny rodząc się dla siebie. Moje włosy były potargane od słonego wiatru, moje spodnie były mokre od słonej wody. Na rzęsach lśniły resztki łez i morskiej wody. Oddychałam głęboko, wchłaniając w siebie wszystko to, czym jest świat wokół, będąc jego częścią, a jednocześnie wiedząc, że to ja, to jestem ja. Nie lepsza i nie gorsza od tych, którzy mnie mijają, bo ludzie wkoło też niosą swoje zmartwienia, radości, wspomnienia o tym, co zostało odebrane, ale i nadzieje na to, co otrzymają.
Czerpię siłę z bycia ze sobą, ale nie zawsze tak było. Bywały chwile, gdy od tego uciekałam. Wtedy w moim bagażu były wielkie kamienie z napisami „jesteś beznadziejna”, „powinnaś umrzeć”, „życie nie ma sensu”, „zabij się, bo tylko wszystkich ranisz”, „wszystko niszczysz”, „jesteś nikim”. Tak bardzo chciałam, by ktoś te kamienie wyrzucił z mojego bagażu, bo czułam, jak pod ich ciężarem staję się coraz słabsza. Nie miałam siły tego nieść i nie chciałam. Wtedy prosto byłoby wejść do morza i pod ciężarem kamieni utonąć. Wtedy pragnęłam tylko wyzwolić się od nieznośnego bólu, jaki sprawiał mi ten ciężar. Każdy z Was, kto to zna, wie jaki to ogromny ból.
W końcu zrozumiałam, że wiele osób mnie kocha, ale nie mogą wyrzucić kamieni z mojego plecaka. Mogą tylko zachęcać mnie i wspierać, żebym zrobiła to sama. Tylko ja mogłam samą siebie uwolnić. Gdy w końcu zaczęłam to robić, zajęło mi to masę czasu i przyznaję, że nadal czuję czasami jakieś kamyki, które chrzęszczą między rozmaitymi rzeczami, które jeszcze noszę, ale teraz idzie mi się dużo lżej. Powiem więcej. Teraz już znacznie rzadziej zdarza mi się, że gdy nadepnę na jakiś kamień, który sprawi mi ból, biorę go do plecaka i niosę. To przydrożny kamień, na który być może w jakimś celu musiałam nadepnąć, ale czy jest mój? Mogę mieć po nim zadrapanie, siniak, ale nie muszę dźwigać kamienia.
Myślę o tym dużo szczególnie teraz, gdy chcąc nie chcąc wiele z nas zostaje teraz ze sobą dłużej, niż byśmy tego chcieli. Części z nas jest ciężko, bo będąc samymi oglądają zawartość plecaka i pogrążają się coraz bardziej. Myślę o tych osobach i wiem, jakiego rodzaju ból im dokucza. Wiem, chociaż zostawiłam większość z tego już za sobą.
W tej chwili patrzę na siebie i widzę siebie taką, jaka jestem. Nie jestem najgorszym złem świata. Nie jestem też aniołem. Mam mocne i słabe strony. Dobre i złe doświadczenia. Jestem za mało pewna siebie, ale mam też dużo empatii. Potrafię ocenić się krytycznie, ale i docenić to, co dobre. Teraz jednak siedzę w swojej sypialni i patrzę na okno i wiem jaki kawał dobrej roboty zrobiłam na terapii czy u psychiatry, bo widzę okno, a za nim księżyc i gwiazdy, niebo w które polecę podczas kolejnej podróży samolotem, a nie otwór, przez który chcę skoczyć, by skończyły się wszystkie cierpienia.
Wiem jednak, że wkoło nas są ludzie, którzy widzą to drugie. Jeżeli wiecie o kimś takim, to proszę, nie pozwólmy, żeby kogoś przygniotły kamienie w plecaku w tych trudnych chwilach, jakie obecnie przeżywa wiele osób. Podajmy numer do telefonu zaufania, namiary na terapię online.
Nie pozwólmy, żeby kolejne osoby odeszły, ani razu nie zatańczywszy z radości na plaży.

środa, 1 kwietnia 2020

Zazdrość. Dobra czy zła bohaterka?

     Zazdrość, wedle słownikowej definicji, jest uczuciem przykrości spowodowanym brakiem czegoś, co ma ktoś inny, a co my bardzo pragniemy mieć. Każdy z nas zresztą to uczucie pewnie zna. Nie musi chodzić o rzecz materialną.
     To uczucie w umiarkowany sposób jest w naszym życiu potrzebne. Sąsiad ma zarąbistą kosiarkę, wowowow, cudo. Chcę taką samą, zazdroszczę draniowi jak cholera. Swoją drogą ciekawe, skąd wziął na to pieniążki? Nieważne. Ważne, że chcę mieć to samo! Kupuję, a producent kosiarek zaciera rączki. Jak mawiał George Carlin, pożądanie rzeczy bliźniego swego napędza system gospodarczy.
    Tylko że to uczucie ma dwie strony. Pozytywna zazdrość napędza konsumpcję, a nawet może Cię zmusić do tego, żebyś wziął się w garść i zapierniczał na własne dobre samopoczucie, żeby nie zazdrościć komuś awansu w pracy, udanego związku czy czego tam jeszcze. Działa trochę jak pastuch elektryczny, tylko że nie odgania Cię, a powoduje krótkie spięcie w postaci „omg, ja też tak chcę”.
    Gdy widzisz, że ktoś ma coś, co chcesz mieć, pojawia się niemiłe uczucie, a nikt z nas nie lubi niemiłych uczuć, więc szukamy sposobu, żeby sobie z tym poradzić. Fajnie, jak w tym momencie nasze myślenie przestawi się z „chcę mieć” na „co zrobić, by mieć”. Wtedy to zazdrość inspirująca. Może nas zmotywować do zmiany pracy, do poszukania partnera, do uprawiania sportu, żeby w końcu wyglądać jak koleżanka z pracy.
   Gorzej, gdy przez zazdrość zaczynamy się topić we własnym jadzie. Frustracja Cię osłabi, a zazdrość już niejedną relację po prostu wykończyła. Zaczynasz szukać w osobie, której zazdrościsz, pierdyliard wad. No i co, że ma kasę, skoro ma krzywą twarz, hehe. Najbardziej wszystko odbija się jednak na Tobie. Ileż można pielęgnować w sobie coraz większą niechęć do innych i krytykanctwo?
    Jest też rodzaj zazdrości, który po prostu Cię zniszczy, krok po kroku, powoli. Mam w otoczeniu osobę, która we wspaniały sposób robi coś, o czym zawsze myślałam, że jest moją domeną. W zasadzie byłam zawsze przekonana, że będę to robić zawodowo, bo to kochałam, ale wtedy poznałam kogoś, kto robi to lepiej, dużo lepiej. Zaczęłam się coraz częściej porównywać z tą osobą. Nie widziałam innych ludzi, którzy też mogli to robić lepiej, bo widziałam tylko ją. W tym momencie zaczynałam czuć coraz większą niechęć do znajomej, mając wrażenie, że zabrała mi coś, co należy się mnie. Cholera, nie jestem pięknością, nie jestem też wybitnie inteligentna, ale zawsze wiedziałam, że CHCĘ PISAĆ! Dlaczego ona mi to odbiera?
    Niechęć tak mnie przeraziła, że wmówiłam sobie, że to ze mną jest coś nie tak. Widocznie jestem beznadziejna. Nie potrafię. Nigdy nie napiszę nic, co będzie genialne, co przyćmi każdego, kto chciałby napisać coś lepiej. Dzięki takiemu myśleniu, przestałam pisać cokolwiek na kilka lat. Do momentu, aż poszłam na terapię i zaczęłam sobie pomału uświadamiać, jak bardzo poniżej przeciętnej jest nie mój talent, a moja samoocena. Wtedy dostałam silne narzędzie do walki z zazdrością. Pracę nad samoakceptacją i nad poczuciem własnej wartości.
    Kiedy zrozumiałam, że nie muszę być geniuszem, a moje pisanie na skali między Dostojewskim a Lipińską nie jest wcale najgorsze, zaczęłam pisać. Dlatego między innymi powstał ten blog.

   Czy macie jakieś doświadczenia z niszczącą zazdrością? Może macie sprawdzone sposoby na to, by wredota nie zawładnęła Waszym życiem?


piątek, 6 marca 2020

O żałobie i oczekiwaniach z nią związanych.

     Zwykle nie śledzę plotek z rodzimego show-biznesu, nie oglądam polskich seriali od wielu lat. Z grubsza orientuję się kto jest kim, w czym grał i to by było na tyle. Od kilku dni jednakże trudno nie natknąć się w internecie na informacje dotyczące p. Pawła Królikowskiego oraz jego rodziny. Nie wypowiadałam się na ten temat nigdzie, a rodzinie pana Pawła bardzo współczuję. Dzisiaj jednak natknęłam się na Facebooku na gorące dyskusje o pogrzebie ww. aktora. 
   Mniejsza z tym, jakie źródło było akurat komentowane. Jakaś kobieta była zbulwersowana zachowaniem rodziny pana Królikowskiego. Była zbulwersowana tak bardzo, że napisała jadowity komentarz dotyczący... przemówienia syna zmarłego aktora. Z ciekawości kliknęłam w artykuł i próbowałam zrozumieć w czym rzecz. Otóż wyobraźcie sobie, że ową panią, oraz niektóre osoby komentujące jej wypowiedź, oburzyła zbytnia swoboda, z jaką wygłaszano mowy na pogrzebie. Syn podobno pozwolił sobie nawet na żarty! Na pogrzebie! Sodoma i Gomora. To faktycznie straszne, żeby na pogrzebie najbliższej osoby pozwolić sobie na żarty. Z jednej strony pewnie nadal do końca nie wierząc, że ta osoba odeszła, z drugiej rozpaczliwie pragnąć, by to ostatnie pożegnanie choć w części oddało to, czego nam brak. Normalności, poczucia obecności kochanej osoby, chęci przywołania jej choćby w niewinnym żarcie do żywych, uchylenia wieka, żeby nie zwariować, nie załamać się i zwyczajnie nie wpaść w rozpacz na oczach wszystkich, którzy przyszli pożegnać kogoś, kto dla nas być może był całym światem. Ważną jego częścią.
     Natychmiast przypomniał mi się pogrzeb mojego ojca. To było prawie trzy lata temu. Przyjechała rodzina, przyszli bliscy ludzie. Na pogrzebie były osoby, które pierwszy raz widziałam na oczy, ale miałam świadomość, że dzieliły z moim ojcem wspomnienia, do których ja nie miałam dostępu. Rozmaite sytuacje w pracy i kręgu towarzyskim. Ludzie płakali, a ja działałam jak automat. Proszę tutaj, tu jest kaplica. Dziękuję za wyrazy współczucia, to miło, że państwo przyszliście go pożegnać. U mnie wszystko dobrze, martwię się tylko o mamę. Mamo, dobrze się czujesz? Może chcesz coś na uspokojenie? 
     Zero łez z mojej strony. Pełne opanowanie, poparte przeświadczeniem, że po prostu muszę to znieść. Nie chciałam, żeby ktoś widział mnie płaczącą. Chciałam, żeby matka mogła znaleźć we mnie oparcie. 
     Podobno dorośli faceci płakali jak dzieciaki, gdy wraz z rodzeństwem rozsypywaliśmy piasek z polskiej plaży na trumnę ojca. Tak bardzo chciał znowu zamieszkać tam, skąd pochodził, a nigdy mu już nie będzie dane! Serce podchodziło mi do gardła, gdy klęczałam nad jego grobem i sypałam piasek. Przytulałam później mamę, rodzeństwo, dzieci rodzeństwa i nic. Zero łez. 
     Później stypa. Jakim ojciec był jajcarzem i w dodatku jakim złośliwym! Kurza twarz, nie ma opcji, żebyśmy go żegnali tak poważnie. To był człowiek, który by zasnął na operze, do kościoła chodzić nie lubił, patos go męczył. Dzień przed pogrzebem przyszedł do mnie brat, bo uznał, że to za mało. Kościół, cmentarz i stypa, na której miał być ulubiony przez ojca rosół. Trzeba coś dodać, to nie może tak być. To nie jest pożegnanie, tylko odbębnienie tego. Tak czuliśmy. Więc spisaliśmy kilka pomysłów. Napisałam z tego przemowę na kartkę A4. A to był taki jajcarz, ten mój ojczulo, że o matko, nie do podrobienia. Słuchaj, mówię, dodamy kilka jego powiedzonek. Tych najbardziej złośliwych i śmiesznych. Kurza twarz, niech się ludzie pośmieją trochę. Przecież każdy się śmiał w jego towarzystwie. Dodajmy też zdjęcia. Jak się przebrał na czyimś weselu za babę czy stracha na wróble. Jak miał fryzurę na późnego Elvisa. 
     Siostra powiedziała, że ona nie da rady tego przeczytać na stypie. Brat powiedział, że spoko, ale może mu się głos łamać. Ja nie miałam wątpliwości, że sobie poradzę. Wjeżdżamy na stypę i nie wiem nawet kiedy, zaczynam mówić, czytać, pokazywać zdjęcia, opowiadać anegdotki. Ludzie uśmiechają się przez łzy. Atmosfera robi się luźniejsza. Bo nie ma już tylko płaczu, są ciepłe wspomnienia. A pamiętasz, jak wujek...? O, patrz jak śmiesznie z wąsem wyglądał.
    To był mój ojciec. Atmosfera rozluźnienia, poczucie humoru. Wtedy naprawdę wiedzieliśmy, że nie odszedł tak zupełnie. Jego zabawne i złośliwe komentarze towarzyszyły każdemu z nas. Niechże jemu też towarzyszą nasze! Czyż to nie najlepszy dowód, że odszedł, ale nie całkiem? Że jakaś jego cząstka zostanie z nami na zawsze? 
     Żałoby nie potrafiłam nosić, bo ja nigdy nie lubiłam nic robić na pokaz, bo tak wypada. Nie wiem, co w związku z tym, oraz całą powyższą historią pomyśleli o mnie ludzie, którzy byli świadkami tego wszystkiego. Jednej ciotce przeszkadzało, że moja bratanica i moje siostrzenice płakały na pogrzebie. Bo płakały podobno za bardzo. Pewnie ktoś się uczepił, że nie przyjęłam komunii w kościele. Może ktoś miał za złe naszą chwilami żartobliwą przemowę? Może za mocno morskim piaskiem zaakcentowaliśmy, że ojciec nigdy nie był do końca ze Śląska? Że jego dusza zawsze była gdzieś nad morzem?
     Słuchajcie, ja na to gwiżdżę, bo wiem, że każdy z nas przeżywa to inaczej. Jeden będzie wył z rozpaczy, drugi nie pokaże emocji, trzeci pogodzi się z sytuacją szybko, czwarty wolno. Po prostu nie ma jednego sposobu na radzenie sobie z tym. I ruszają mnie tylko komentarze, których autorzy uważają, że mają monopol na prawdę i na to, jak każdy powinien się zachować w danej sytuacji. Tym bardziej, że ja często jestem w opozycji do tego, co tam sobie większość wymyśli. 
     Przeżywasz na swój sposób, ale to nie znaczy, że nie przeżywasz wcale. Po wszystkim, po pogrzebie i stypie, długo płakałam, gdy już znalazłam się w pokoju sama. Później długo nie mogłam się oswoić z tym, że Jurcia już nie ma. Chodziłam na terapię. A teraz, gdy chodzę na jego grób, to wiem, że jakaś część jego zawsze będzie ze mną. Ja się tam nie modlę. Słuchamy razem Niemena i The Beatles, "tak cicho, żeby nie wadzić nikomu". Jakby zobaczył, że się modlę, to by się chyba śmiał i rzucał złośliwostkami, bo znał moją przekorę, niezłomność w kwestii światopoglądowej i wiedział, że jestem niewierząca. Czasami mi z tego powodu docinał, ale widziałam, że jest dumny.
     Ten, kto ma wiedzieć, co się dzieje w naszym sercu, wie o tym. Nie oceniajmy czyjegoś żalu, na prawdę.