Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2020

Jak nie osiągać sukcesu?

Czasami wpadają mi w ręce poradniki i artykuły, w których autor dzieli się receptą na sukces. Niedawno, sfrustrowana swoimi próbami pisarskimi, przeczytałam, że dobrze jest pisać o tym, co się zna, kocha, albo w czym jest się ekspertem. Wtedy to jakby naturalnie przychodzi. Przyznaję, że niegłupio to brzmi. Kłopotliwym pytaniem jest, w czym ja jestem tak naprawdę dobra, w czym jestem ekspertem. 10 potraw z makaronu, albo 5 sposobów na ignorowanie kota nie zapewni mi nie tylko literackiego Nobla, ale nawet gazeta w stylu „Chwila dla Ciebie” nie zapłaci mi za to marnych 50 zł. Bądźmy poważni. Chyba każdy w tym kraju potrafi zrobić coś prostego z makaronu, a niczego trudnego sama nie potrafię. Ignorowanie kota bywa zaś zwyczajnie niemożliwe.

Jest jedna rzecz, w której mogłabym udzielać porad. Myślę, że odwrócony coaching stworzono dla ludzi takich jak ja. Przetestowałam na sobie kilka niezawodnych sposobów na to, jak nie osiągnąć sukcesu. Jak samodzielnie skopać swoje plany w metaforycznych glanach, jak się autodemotywować.

1. Znasz to uczucie, kiedy idziesz do pracy czy szkoły z taką wiarą w siebie i swoje możliwości? Jestem zdolną i kompetentną jednostką. Materiał obryty na 5. Jestem pewna, że sobie poradzę! Znasz? Ja też nie znam… Mogłam być po dwóch tygodniach zakuwania, a i tak miałam wrażenie, że wiem za mało. W obecnej pracy dość szybko się uczę, ale ciągle kurczowo się trzymam myśli, że jeszcze tyyyle nie wiem. Negatywne nastawienie do swoich umiejętności i ich umniejszanie, to fantastyczna recepta na to, żeby nie osiągać niczego, a to właśnie jest naszym celem!

2. Wysoko stawiaj sobie poprzeczkę. Mówiąc „wysoko” nie mam na myśli miejsca, do którego możesz doskoczyć, jeżeli się naprawdę przyłożysz i potrenujesz. Zaszalej. Jeżeli chcesz pisać, to pamiętaj, że Twoja powieść musi sprać tyłek samemu mistrzowi Dostojewskiemu z jego wspaniałą literaturą. Nie ma miejsca na nic przeciętnego! Nakładaj na siebie niemożliwą presję i wyznaczaj sobie cele, których osiągnięcie leży w granicach błędu statystycznego. Posmak frustracji, niezadowolenia, poczucia niższości i bylejakości o poranku jest daleko bardziej niezbędny niż zdrowe śniadanie. W krótkim czasie możesz dojść do imponujących rezultatów, takich jak utrata resztek wiary w samego siebie, a także jakże atrakcyjne porzucenie na zawsze swoich marzeń.

3. Wytłumacz sobie, że odkładanie wszystkiego na później, to cecha ludzi inteligentnych i odkładaj w ten sposób wszystko. Szczególnie skup się na tym, by nie ćwiczyć zbyt wiele. „Zrobię to później” to wspaniałe słowa, które dają niezwykle relaksujące poczucie, że obowiązki odpływają niczym senne marzenia, gdy otwierasz oczy o poranku.

4. Dużo porównuj się z innymi i przenigdy nie szukaj swojej drogi do zrobienia tego, na czym Ci zależy. Ludzie mówią, że wczesne wstawanie to recepta na sukces, a Ty jesteś sową i obudzona skoro świt masz ochotę rzucać mięsem, zamiast radośnie wsłuchiwać się w ptasie trele za oknem? Prędzej o tej godzinie zaplanujesz pogrzeb, niż ścieżkę kariery? Wstawaj wcześnie, autorytety się nie mylą. Nigdy. Never. Nie ma opcji. Co zrobisz, gdy każdy z klasy idzie na studia, a Ciebie niesamowicie ciągnie do fryzjerstwa? No oczywiście, że pójdziesz na kierunek, który interesuje Cię tak sobie. No weź.

Jeżeli odnajdujesz w tym siebie, to znaczy, że jesteś z wieloma rzeczami równie w d. jak ja. Tekst powstał z połączenia zmęczenia i frustracji. Próbuję coś pisać i ciągle jestem wkurzona, jak bardzo jest to słabe. Nie dam nikomu do przeczytania, bo się wstydzę, że nie jestem geniuszem, a przecież muszę, bo jak to tak :o).

sobota, 20 czerwca 2020

Moja wyspa.

Bardzo lubię zwiedzać, poznawać nowe miejsca. Potrafię się zachwycić pięknem natury oraz perełkami architektury. Jest jednak takie miejsce, do którego wracam przynajmniej raz w roku, właściwie od urodzenia. Tym miejscem jest Wyspa Wolin. Nie potrafię wyobrazić sobie lepszego miejsca dla siebie. Gdy byłam dzieckiem, spędzałam tam calutkie wakacje. Teraz przynajmniej kilka dni w roku. Mogłabym jeździć dookoła świata, ale podróż zaczynałaby i kończyłaby się na Wyspie Wolin. 
Morze Bałtyckie
W tym roku pojechałam na krótko, ale i tak odczułam ten niezwykle pozytywny wpływ wyspy na moje życie, zdrowie psychiczne. Najbardziej lubię to miejsce poza sezonem urlopowym. Wtedy mogę w absolutnej ciszy i samotności włóczyć się po lasach, być sam na sam z morzem.
Odkąd pamiętam moją największą bolączką jest to, że nie na wszystko w życiu mam wpływ. Dręczy mnie fakt, jak mnóstwo rzeczy ode mnie nie zależy, jak czasami niewiele mogę. To mnie bardzo frustruje i odbiera mi chęć do życia. Najlepszym terapeutą zawsze były dla mnie tamtejsze okolice. Od nowa uczę się, że są rzeczy, które ogarniam i takie, które mnie przerastają. Zgubiłam się w lesie? Poradzę sobie, bo mam wiedzę, która pomoże mi wyjść z tarapatów. Poradzę sobie na środku jeziora czy w morzu, o ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego ze strony natury.
Morze uczy największej pokory. Siadam naprzeciwko niego i słucham. Czasami morze szumi spokojnie, dając wytchnienie, ułatwiając medytację, zapraszając i obiecując spokojne wody. Innym razem słychać w nim wyraźną złość. Czasami słychać o dawnych czasach, o tragediach, o ludzkiej głupocie. Co roku słyszymy o nierozważnych ludziach, którzy stracili w Bałtyku życie. Największe katastrofy morskie miały miejsce w tych zimnych, bałtyckich wodach.
Ono ode mnie nie zależy. Woda to zdradliwy żywioł. Pamiętam, gdy lata temu fala podcięła mi nogi i morski prąd ciągnął mnie pod wodę. Była to najwyraźniejsza w moim życiu chwila „być albo nie być”. Liczyło się przeżycie. Okropne, jak wielu ludzi może z takiej lekcji pokory nie wyjść cało. Mnie się udało, dlatego zawsze będę mieć dla morza pokorę i wdzięczność.
W każdym z tych miejsc, w lasach kipiących zielenią i zapachem igliwia, krzewach pełnych jagód, jeziorach, nad którymi rankiem snuje się mgła, a wieczorem czerwieni się odbicie zachodzącego słońca, zmiennym i kapryśnym morzu, zostawiłam część swoich myśli, marzeń, duszy. Moja dusza jest przesiąknięta morską solą, wiatrem znad Bałtyku, zielenią łąk i lasów otaczających jeziora, melancholią samotnych spacerów i radością błyszczącego słońca tańczącego na morskich falach.
Miałam ostatnio gorszy czas. Każda chwila spędzona na wyspie była jak lekarstwo. Dziękuję.

Zachód słońca nad Jeziorem Wisełka.
W swoim żywiole :).

sobota, 23 maja 2020

Kocia saga. Część czwarta.

W 2018 roku żyliśmy sobie w miarę spokojnie z trójką kocich dzieciaków. To znaczy na tyle spokojnie, na ile to było możliwe przy takiej gromadzie. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to co mamy to naprawdę jest spokojne życie. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że nadciąga huragan, który zmieni nasze życie bezpowrotnie. Nadciąga niczym jeździec apokalipsy, futrzany koń trojański, wąsata plaga egipska, on to nadchodzi, krew jego dawne bohatery, a imię jego… Paweł.
Tego lipcowego dnia co chwilę nadciągały ulewy, a ja jak zwykle siedziałam w pracy. To był raczej spokojny i nudny dzień. Do czasu. W pewnej chwili zadzwoniła koleżanka z biura na parterze, że ma otwarte okno i słyszy, jak głośno miauczy kot. Coś małego biegało po parkingu obok sklepu, chowało się między samochodami. Zbiegłam na dół i poszłam złapać malucha. Uciekł pod sklep, gdzie podobno był już tego dnia karmiony, bo ekspedientkom było go żal. Malutki, biały w popielate łaty. Nawet oczy były jakieś szaro-żółte. Widać jednak było, że nie jest dzikusem. Musiał wcześniej dużo przebywać z człowiekiem.
Weszłam do sklepu, żeby kupić mu coś do jedzenia. Wbiegł za mną. Musiałam go łapać, a później robiłam zakupy z kotem na ręce. Następnie dostał jedzonko przy kanciapie naszego pana konserwatora. A sądząc po tym, w jakim tempie znikało żarcie, to całkiem możliwe jest, że połowę pochłaniał istotnie Paweł, zaś połowę zżerał jakiś demon, który go opętał.
Byliśmy jednak przy głównej ulicy, na której maluch mógł zostać przejechany przez auto. Jakoś trzeba było młodego zabezpieczyć. Pan konserwator zgodził się przetrzymać go u siebie przez godzinę, a ja postarałam się o pomoc w dostarczeniu kota do mojego mieszkania. Po godzinie kot był już mocno zaprzyjaźniony z konserwatorem i chodził mu po ramieniu. Później okazało się, że on ogólnie jest towarzyski, wszędzie go pełno i zajmuje się rozdawaniem dowodów łaski, niczym wprawny celebryta. Gdyby był człowiekiem, to z powodzeniem wygryzałby ze stanowisk takie wygi, jak Kammel czy Ibisz. 

Słodki Pawełek rzuca czar ;)

Elegant.
Uwielbia chować się pod kocami.
Z ręką na sercu, próbowaliśmy mu szukać domu. U nas miał być tylko tymczasowo. Domki, które się zgłaszały, niezbyt mi przypadły do gustu. A może po prostu nie chciałam oddawać Pawełka? Właśnie. Gdy tylko go zobaczyłam, to miałam wrażenie, jakby mi się od razu przedstawił. Pawełek. Słodki Pawełek, Pawcio, Pauldini. To było jedyne właściwe imię. Musiał z nami zostać i wydaje mi się, że on po prostu był nam przeznaczony :).
Pawełek błyskawicznie się zaaklimatyzował, na początku miał tylko trochę problem z dogadaniem się z Bonisią, ale obecnie wszyscy mogą sobie siedzieć w jednym pokoju i nikt nikomu nie działa na nerwy. Jest uroczy i tym swoim urokiem podbija od razu serca całego otoczenia. Pawełek nie boi się nikogo. Gdy przychodzą do nas goście, on wita się z każdym. Każdego chce wycałować, obwąchać. Gdy chcemy go gdzieś zabrać, wystarczy podstawić transporter i Paweł zapakuje się do wyjazdu całkowicie sam. U weterynarza zachowuje się, jakby przyjechał na tournée i był wyczekiwany przez setki fanów. 
Zawsze w centrum uwagi. Pawełek baletmistrz.

Jest ogromnie ciekawskim kotem. Ma też niespożyte pokłady energii i jest bardzo głośny. Ktoś coś zrzucił w nocy i obudził nas oraz sąsiadów na dole? Pawełek. Ktoś o 3 rano biega po całym domu, drąc się jak opętany? Pawełek. Wszystkie koty chcą spać, ale nie mogą, bo ciągle są zaczepiane? Sprawka Pawełka.
Jednocześnie najpierw potrafi nabroić, a za chwilę kładzie się przy mnie, mruczy mi do ucha i udeptuje mnie swoimi malutkimi łapkami. Nie widziałam jeszcze takiego kota, który zdobyłby bez wysiłku serca całego otoczenia, a jednocześnie zachowywał się jak rozwydrzony bachor.
Odkąd z nami jest, życie straciło spokój, ale zyskało znacznie, znacznie więcej.

Kocham cię, starsza siostrzyczko. Pawełek i Elza.

piątek, 8 maja 2020

Kocia saga. Część trzecia.

W styczniu 2018 roku zobaczyłam ogłoszenie na profilu zaprzyjaźnionej fundacji, która pomaga zwierzakom. Do ogłoszenia o tym, że trzy kociaki potrzebują natychmiast domu tymczasowego lub stałego, dołączone było zdjęcie, które przedstawiało koci kokon, złożony z trzech splecionych ze sobą zwierzaków. To był impuls. Wiedziałam, że cokolwiek w tym kocim kokonie siedzi, musi trafić do nas. Byliśmy wtedy zdruzgotani po przejściach z wakacji 2017 roku. Mieszkanie z jednym tylko kotem było takie puste. Mąż do tej pory twierdzi, że po prostu jak mam za mało problemów, to je sobie umiejętnie tworzę :D.
Wtedy jednak pokazałam mu zdjęcie, pogadaliśmy i następnego dnia już kontaktowałam się z fundacją. Gdy byłam w pracy, otrzymałam telefon, że został już tylko jeden kociak, gdyż dwa pozostałe znalazły domy. Zebraliśmy się więc i pojechaliśmy po kociaka. Nie na tymczas. Na stałe.
W lecznicy usłyszeliśmy rozpaczliwe wrzaski samotnego kociaka. Nasza córcia, pomyślałam z radością. Gdy pani doktor wyjęła ją z klatki, wydawała mi się taka delikatna. W dodatku umaszczeniem nieco przypominała mi Elmo…
Darła się jak dzikie zwierzę całą drogę do domu. Później jednak bardzo szybko dała się głaskać i tulić, od razu też zaanektowała łóżko. Od początku zachowywała się jak mała dama. Otrzymała imię Bonnie, po jednej z bohaterek „Przeminęło z wiatrem”. 
Bardzo mały, słodki Bonbon.
Już następnego dnia zadzwoniono do mnie z fundacji. Byłam akurat w pracy, gdy dowiedziałam się, że jedna z siostrzyczek naszej Bonnie została zwrócona z adopcji po jednym dniu. Dlaczego? Bo kot się darł, nie dał się dotykać i głaskać. Dzikus. Byłam w szoku, że ludzie potrafią być tacy głupi. Przełknęłam przekleństwo, które cisnęło mi się na usta i powiedziałam, że oczywiście przyjmiemy małą na tymczas, że jutro po nią podjedziemy.
Ówczesny narzeczony pojechał po kotkę, która również darła się jak dziki zwierz przez całą drogę. Na tym jednak nie koniec. Przywiózł ją, otworzył transporter i mała kulka tylko mignęła mi pod nogami, żeby czym prędzej schować się pod szafą. 
Kocie tao - koCórki
Cicialiśmy, podsuwaliśmy jedzenie. Nie wyszła. Wychodziła tylko na chwilę, żeby sprawdzić, czy ktoś jest i zaraz się chowała. Dostała od nas dużo spokoju i dobrego jedzonka, ale w odpowiedzi tylko się chowała, albo raczyła nas głośną, rozdzierającą serce skargą spod szafy. Po pewnym czasie narzeczony postanowił ją oswoić w sposób niekonwencjonalny. Zamknął się z nią w pokoju i zakręcił kaloryfer tak, że zrobiło się dużo chłodniej. Położył się na łóżku, przykrył się kocem i czekał. Po pewnym czasie nasza dzika lwica Elza wyszła spod szafy i przytuliła się do nowego taty, gdyż zmarzła jej dupka. Następnego dnia zjawiła się obok mnie, gdy na kanapie głaskałam Bonnie i widząc, że siostrzyczka raczej nie umiera od mojego dotyku, dała się również pogłaskać.
Dziewczyny błyskawicznie dogadały się również z Gizmo. Po prostu ustalił z nimi krótko, że w tym mieszkaniu rządzi on :). Kilka razy doszło do łapoczynów, ale później dziewczęta zaakceptowały Gizmoniusza I w roli władcy.
"Ona i on...
...niebo i grom" :)

Dwa tygodnie po przygarnięciu maluchów, zaczęło szaleć u nas jakieś kocie choróbsko. Koty miały biegunkę i wymiotowały. Nie chciały jeść i pić. Byłam przerażona, bardzo bałam się panleukopenii. Testy na szczęście nie wykazały tej choroby. Koty dostały lekarstwa i gotowane mięsko. Gizmo znowu doszedł do siebie w 2 dni. Z dziewczynami było gorzej. Przeniosłam się do salonu, żeby spać z nimi i ogrzewać je w nocy. Bonisia zwana Bonbonem dochodziła do siebie szybciej. Z Elzą (ksywa Mademoiselle Filifią) było gorzej. Nie spałam całymi nocami i tuliłam ją, mówiąc, że jeżeli wyzdrowieje, to ten tymczas będzie już na stałe. Było to po tym, gdy musiała już dostać kroplówkę i nie wiadomo było, czy przeżyje. Po tej nocy jednak kociak, jakby rozumiejąc co mówiłam, podjął na nowo walkę. Wszystkie koty wyzdrowiały, a ja zyskałam przylepca w postaci Elzy, która od tej pory mnie nie odstępuje. 
Leżenie synchroniczne.Bonbonek jest zdrowy, ale w trakcie odchudzania.
O ile Bonisia rzeczywiście jest damą, w dodatku dość okrąglutką, bo ma niestety skłonności do tycia, o tyle Elza jest kotem-wariatem i fit-laską. Kochają się bardzo i żyć bez siebie nie mogą, ale są skrajnie różne. Bonisia jest cicha, kocha jedzonko, spanko i mordowanie owadów. Elza aportuje piłki i jest okropnym krzykaczem. W dodatku jej ulubionym miejscem do spania jest mój brzuch. Bonbon lubi być głaskana po brzuchu, Elza lubi być noszona. Jeżeli ktoś z Was jest ciekawy, w jaki sposób drze się codziennie Elza, zapraszam do odsłuchania arii Królowej Nocy w wykonaniu Marii Callas. Przyznam, że bardzo lubię muzykę operową, ale ta aria w wykonaniu Elzy doprowadza nas do szału. Szczególnie nocą i nad ranem. 
Mademoiselle Filifią.
Aha, znalazłam na fb fundacji komentarz babeczki, która wcześniej na dobę adoptowała Elzę. Nie omieszkałam wstawić zdjęć „dzikiego kota, którego nie da się głaskać” jak sobie na mnie leży ;), A co, niech baba zazdrości.

piątek, 1 maja 2020

Każda zmiana to wielka zmiana.

Odkryłam ostatnio rzecz, która potrafi wywołać awanturę na facebooku i forach. Jest kontrowersyjna jak diabli. Potrafi podzielić i skłócić ludzi mieszkających ze sobą, pochodzących z jednej rodziny, przyjaciół i współpracowników. Spytacie co to? Jajco. Serio.
Jakiś czas temu znalazłam się w samym sercu kłótni o jajka. Poszło o to, że w jakimś przepisie w grupce wegan i wegetarian pojawiło się jajko. Niewinne jajco z marketu zostało rzucone na stół niczym jabłko bogini Eris i wywołało wzajemne oskarżenia. A że za jajkiem stoi cierpienie zwierząt, a że ten, kto patrzy innym do talerza do wegenazista, a że to, a że coś tam. I nagle pojawiło się zdanie, którego nienawidzę. Mianowicie, że nie można mówić, że się kocha zwierzęta, skoro je się jajka, a w ogóle to albo jesteś weganinem, albo mordercą.
Najprostszy sposób, żeby podzielić ludzi, to pozwolić im uwierzyć, że są tylko dwie drogi, a ci, którzy wybierają inną niż my, to mordercy/złodzieje/idioci itp. Nie jem mięsa i z miesiąca na miesiąc coraz bardziej ograniczam jaja i produkty mleczne. To jest mój wybór i sama z sobą czuję się z tym lepiej. Lubię zrobić coś wegetariańskiego lub wegańskiego w domu na obiad. Lubię pokazywać znajomym i rodzinie, jak pyszne może być jedzenie bez mięsa. Jeżeli domownicy czy znajomi jedzą mięso – nie wtrącam się. Dzięki temu co robię, w moim domu faktycznie mięso pojawia się już dużo rzadziej. Wielu znajomych przekonało się, że jedzenie bez mięsa może być smaczne, sycące i ich nie zabije. Zastanawiam się natomiast, co bym osiągnęła, zakładając z góry, że każdy z moich znajomych to morderca, osoba niewrażliwa i ogólnie albo robisz jak ja, albo nie pokazuj mi się na oczy.
To, co widziałam w tej grupie, to było tak zwane zmienianie świata od dupy strony. Trzeba cieszyć się każdym postępem, jaki ludzie wykonują. Ktoś jadł mięso codziennie, ale ze względu na dobro planety i zwierzaków ograniczył do 3 razy w tygodniu? Super! Ktoś wyeliminował z diety mięso już prawie, prawie, ale raz w tygodniu je rybę? Też dobrze!
Kiedyś praktycznie napadł na mnie z pretensjami facet, który zauważył, że mam skórzane buty. Buty miały wtedy chyba ze 3 lata, mięsa nie jadłam od roku. Nie wywalę dobrych butów na śmietnik przecież. To dopiero by było niepotrzebne śmiecenie. Typ się nie zainteresował bynajmniej tym, kim jestem, jakim jestem człowiekiem, czy pomagam zwierzętom, czy jem mięso. Zobaczył moje buty i mnie skreślił, przyklejając mi łatkę morderczyni.
Myślę, że masa ludzi zniechęci się, próbując choćby ograniczać mięso, jeżeli będą obiektem napaści restrykcyjnych wegan, którzy będą im udowadniać na każdym kroku za jak wielką zgniliznę moralną ich mają.
Nie popieram zabijania zwierząt na mięso, dlatego zachęcam do próbowania wegańskich potraw. Dlatego cieszę się, gdy ktoś ogranicza mięso. Dlatego fajnie, że koleżanka już mięsa nie je, ale jeszcze nie zrezygnowała ze skórzanych butów. Nie trzeba od razu robić wszystkiego. Nie trzeba od razu radykalnie. Każda zmiana to wielka zmiana.
Jedna grupowiczka mi wytknęła kiedyś, że no mięsa nie jem, ale hoduję koty! A koty jedzą mięso. I gdybym była za obroną zwierząt, to nie karmiłabym kotów mięsem, albo nie hodowałabym kotów. Po pierwsze, kot to mięsożerca. Mięso jest mu niezbędne. Nie mogę nie dać kotu mięsa. To jakbym uparła się karmić pszennymi bułkami osobę, która ma nietolerancję glutenu. Po drugie, dziękuję za takich obrońców zwierząt, którzy woleliby, żeby moje koty były bezdomne, niż miałabym je trzymać w domu i otaczać opieką, karmiąc mięsem.
Na koniec wstawiam zdjęcie wegańskiego pad thai ze strony wegepedia.pl :)


niedziela, 26 kwietnia 2020

Kocia saga. Część druga.

Mieliśmy Gizmusia już rok i jako koci rodzice osiągnęliśmy już niebywałą wprawę. Dodatkowo ja dałam się w pracy poznać jako osoba kochająca zwierzęta i niosąca im pomoc, gdy tylko mogłam. Wtedy to otrzymałam w miejscu pracy informację o kociakach uratowanych przez panią, która zajmuje się dokarmianiem kotów na osiedlu. Pani nie miała z nimi co zrobić, więc zaoferowałam się przetrzymać u siebie maluchy, aż znajdą domy. Pomyślałam wtedy, że byłoby cudownie zatrzymać jednego z nich, by Gizmo miał towarzystwo.
Na miejscu zastałam dwa przerażone kociaki. Jak się okazało, okoliczne dzieci bawiły się maleństwami, rzucając nimi między sobą. Zdusiłam w sobie chęć natychmiastowego odnalezienia rodziców „dzieciaczków”, oraz serię komentarzy, która w tej chwili cisnęła mi się na usta, bo pani wyjęła jednego z kotków z kartonu i włożyła mi w ramiona. Tak właśnie poznałam Elmo.
Oczywiście w mieszkaniu zastosowaliśmy wszelkie środki ostrożności, zachowując izolację od Gizmo. Ten jednak non stop próbował się dostać do maluchów i prosił, żeby go do nich wpuścić. Gdy pozwoliliśmy mu popatrzeć z bezpiecznej odległości, wyglądał na zafascynowanego nowym towarzystwem.
Kocięta były w strasznym stanie, chore, zapchlone. Pomimo podjętego leczenia mniejszy maluch odszedł w dramatycznych okolicznościach nocą w klinice weterynaryjnej, gdzie znakomity lekarz niestety nie potrafił mu pomóc. Był malutki, niedożywiony, chory, a na dodatek musiał nieraz spaść podczas dziecięcej zabawy.
Elmo był silny. Przeżył i został z nami. Zostali z Gizmo kumplami i bawili się wspólnie. Okazał się kotem wesołym, towarzyskim, odważnym i bardzo żarłocznym. O ile Gizmuś z czasem zrozumiał, że jedzonko zawsze jest i nie trzeba o nie zabiegać, Elmo pożerał wszystko błyskawicznie, a na dodatek zabierał się również za miseczkę Gizmo. Obaj zresztą opanowali dość szybko skomplikowaną sztukę włamywania się do kuchni i podprowadzania z niej co smaczniejszych rzeczy. Współpracowali przy kradzieżach i polowaniach na muchy.
Mały Elmo

Hej mały, kim jesteś?
W międzyczasie okazało się, że przybywa kociąt, którym trzeba zapewnić tymczasowy kąt. Pod moją opiekę trafiły kolejne dwa maluchy, które pomagał (oczywiście po początkowej izolacji) socjalizować nie kto inny, jak Elmo. Pokazywał kociakom, jak być kotem, a my pilnowaliśmy, żeby jedzenie dla nich rzeczywiście trafiało do ich głodnych brzuchów, a nie zasilało niespożytej energii Elmo.
Pod wieloma względami Gizmo i Elmo mocno się od siebie różnili. Gizmo był bardziej wycofany i mało towarzyski, Elmo przeciwnie. Nie bał się nikogo i niczego. Gizmo bał się mojego siostrzeńca, który dokuczał zwierzętom, gdy tylko udało mu się w jakiś sposób uniknąć czujnego spojrzenia dorosłych. Gizmo uciekał, Elmo naprostował pewne nieporozumienia w ciągu jednej wizyty za pomocą zdecydowanego drapnięcia młodego, który od tej pory jakoś spokorniał wobec moich kotów.
Czas mijał, a ja byłam szczęśliwą matką kotów, gdy tymczasem, rok po zaadoptowaniu Elmo, otrzymałam informację o porzuconym w kartonie kocim dziecku. Mały pręgowany Nemo miał wtedy tylko 5 tygodni, a tydzień później trafił do mnie, po niezbędnych badaniach. 

Nemo

Co to była za kruszynka! Od razu go pokochaliśmy, bo jak tu nie kochać takiego malucha, który uwielbia się przytulać, bawić, towarzyszy nam podczas pracy przy komputerze? Jakkolwiek by jednak nas nie kochał, lwią część jego uczucia otrzymał Elmo. Elmo zaś zaopiekował się kociakiem jak matka. Mył go, spał z nim, nauczył go korzystać z kuwety i jedli z jednej miski. Nie widzieliśmy wcześniej aż tak zażyłej kociej przyjaźni i obserwowaliśmy to z fascynacją przez całe dwa tygodnie. Tylko dwa, ponieważ maleństwo zaczęło chorować. 

Przyjaciele na zawsze

Pomimo leczenia, apetyt nie chciał powrócić. Pojawiła się gorączka i powiększony brzuszek. Wyliśmy z rozpaczy, gdy po bardziej szczegółowych badaniach padła diagnoza: FIP. Nasze maleństwo odeszło, gdyż nie mogliśmy pozwolić mu cierpieć. Tamtej nocy Elmo miał najsmutniejsze oczy, jakie widziałam kiedykolwiek u kota. Tuliłam go, spał przytulony do mnie. Wcześniej płakałam, widząc jak podbiegł do transportera i odkrył, że jest pusty. Widzieliśmy też, jak jeszcze długi czas szuka maleństwa po domu.
Odkaziliśmy w domu co się dało. Wyrzuciliśmy rzeczy maleństwa, ale co mogliśmy poradzić na to, że najwięcej jego śladów nosił jego ukochany starszy brat – Elmo?
Jakiś czas później wyjechaliśmy na krótko do moich rodziców, a kotami zajęli się rodzice narzeczonego. Gdy wróciłam i spojrzałam na chłopaków, wiedziałam już, że są chorzy. Zachowywali się inaczej. Pełna najgorszych przeczuć natychmiast zabrałam ich do weterynarza. Gizmo szybko pokonał infekcję. Elmo, który zawsze był silniejszy, zaczął niknąć w oczach. Walczyliśmy, by zjadł, napił się. Zastrzyki, lekarstwa, mnóstwo wizyt u weterynarza. Specjalnie sprowadzone dla niego leki. Wszystko na nic. Po ponad miesiącu walki, trzymałam wyniszczonego chorobą Elmo i głaskałam, dopóki nie odszedł po zastrzyku podanym przez weterynarza. Mój Elemelek, moje słoneczko… Również zabrał go FIP. Płakałam na myśl o tym, jak codziennie rano po usłyszeniu budzika, biegł do mnie i ocierał się pyszczkiem o moją twarz. Czekała nas kolejna ciężka noc, podczas której Gizmo czuł nasz ból i sam również nie wiedział, co stało się z jego kumplem. 
Mój Elemelek

Zdruzgotani tym, co na nas spadło, drżeliśmy o Gizmo. Na szczęście uratowało go to, że nie był zbyt towarzyski wobec malucha.
Działo się to w 2017 roku i nie słyszeliśmy wówczas o żadnym leku na FIP. Obecnie lek jest, jest cholernie drogi i widzę dużo zbiórek na leczenie kotów dotkniętych tą okropną chorobą. Gdybyśmy wiedzieli o takim leku wcześniej, pewnie do dzisiaj spłacałabym kredyt za leczenie chłopaków, bo spróbowałabym każdej możliwości, by zatrzymać ich przy sobie.
Jeżeli ktoś z Was mógłby wspomóc choćby symboliczną kwotą zbiórki na leczenie kotów chorych na FIP, to gorąco o to proszę. Sama wpłacam, gdy tylko mogę.


Na stronie pomagam.pl wpiszcie w wyszukiwarkę słowo FIP, a otrzymacie również masę zbiórek.

By leczenie było skuteczne, nie wolno go przerwać! Po zastosowanym leczeniu, kot ma szansę na pełne wyzdrowienie i nie musi już więcej brać leku.

sobota, 4 kwietnia 2020

Kocia saga. Część pierwsza.

Stare chińskie przysłowie mówi: „za każdym razem, gdy wychodzisz z domu, spodziewaj się niespodziewanego”. Był lipiec 2015 roku, niedziela, a ja miałam straszną ochotę na bagietki czosnkowe z Biedronki, więc cóż było robić, zwlekłam się z mieszkania na ostatnim piętrze bloku i poczłapałam w stronę zachodzącego słońca. Upał niemiłosierny, żar się leje, stopy pływają w sandałach. Po przejściu 50 kroków żałowałam, że dożyłam tej chwili, w której zwykła zachcianka wynikająca jedynie z łakomstwa, wyrwała mnie z domu niczym dziecię z objęć rodzicielki.
Słonce beztrosko wypalało na mojej skórze znamiona, świadczące o jego bezsprzecznej dominacji nad marnym ludzkim okruchem, a ja brnęłam przez odmęty betonowych ścieżyn, by objąć we władanie skarb – bagietę z masłem czosnkowym. Pryma sort.
Nagle w samym środku osiedla domków jednorodzinnych zamajaczył jakiś niewyraźny obraz. Coś co mogło być gremlinem lub małpką, hasało między domami, najwyraźniej lekce sobie ważąc niemiłosierny upał. Podeszłam bliżej i przykucnęłam, wyciągając przed siebie dłoń i nucąc pradawne zaklęcie przywabiające wszelkiej maści dziwy z kosmosu. Na dźwięk słów, owych słów tajemnych brzmiących „kici kici”, stworzenie przybiegło, ale pożal się Boże, cóż to było za stworzenie. Statek-matka musiał porzucić go dawno temu, bo stwór był rozpaczliwie chudy. Zmierzwione, zakurzone futro było rzadkie. Przedstawiciel obcej cywilizacji o małym, wydętym brzuszku i kończynach jak zapałki. Był jednak skory do zabawy z przedstawicielką Ziemian, toteż nawiązaliśmy znajomość z pomocą źdźbła wyschniętej trawy. Rozejrzałam się dyskretnie po okolicy. Ani jednej małej miseczki z wodą dla młodego.
Zamierzałam dowiedzieć się, czy stwór założył swoją siedzibę w jednym z domostw, gdy nagle usłyszałam kroki dochodzące z lewej strony.
- Pani sobie go zabierze, jak chce. Jest niczyj, chodzi sobie między domami.
- Nikt tu nie ma kotki z młodymi? Naprawdę?
- No, chodzi między domami. Nikt kotki nie ma.
Chodzi sobie między domami szkielet pokryty futrem, miski wody nigdzie nie widzę, upał jak cholera. W dodatku alien wlazł mi już prawie do torebki. Do torebki, w której miałam przynieść dwie chrupiące bagiety z czosnkiem i może zimne piwko o smaku żurawiny czy innej wiśni. Nie no, bez przesady, torebka to torebka. Jeszcze ją pomyli z kuwetą i co? Jestem stażystką, niby za co kupię sobie nową, jeżeli ta zacznie wydzielać intensywny zapach kocich siuśków?
Wzięłam młodego na ręce. Ciebie serio podrzucił statek-matka, powiedziałam. Młody się wiercił, podekscytowany nową sytuacją.
W domu nie miałam nic, co jedzą Obcy, bo jestem wegetarianką. Wzięłam kocyk i położyłam w przedpokoju, usiadłam obok koca, a na kocu umieściłam Obcego. Nie, nie zgodził się, musiał siedzieć na mnie. No spoko. Zadzwoniłam do przyjaciółki-kociary.
-Ty, jak poznać, że kot je już sam?
-No jak mu dasz żarcie, to on zje, albo nie. A co, kota znalazłaś? A malutki jest? Zdjęcie wyślij.

sobota, 28 marca 2020

Oczekiwania vs. rzeczywistość. Nauka dystansu.

    Jestem perfekcjonistką i marnuję w życiu furę energii na to, żeby wszystko było idealnie, tak jak sobie wymarzyłam. Z tego też względu wiedziałam, że nie ma sensu, abym kiedykolwiek miała wesele. To znaczy nigdy nie chciałam mieć dużego wesela, ale jednym z czynników o tym decydujących był fakt, że umarłabym ze zdenerwowania, wściekłości i rozpaczy, organizując taką uroczystość i biorąc w niej udział.
    Potrafiłam już jako dzieciak zadręczać się w nieskończoność, bo nie zrobiłam czegoś idealnie, a przecież tak miało właśnie być.
   Niestety, albo raczej na szczęście, los podarował mi niezbyt idealną fizjonomię, umiejętność skupienia się tylko na tym, co mnie realnie w danej chwili interesuje, ludzi, którzy udowadniają mi, że nic nie idzie idealnie i przede wszystkim prokrastynację.
   Najpierw uznałam, że mając do tego perfecjonizm jestem po wielokroć przeklęta przez wszystkie bóstwa i cierpię za miliony, ale to był okres nastoletniego bólu istnienia, więc możemy to odhaczyć. Później wyszłam z założenia, że to poligon do walki z samą sobą. Bo przecież logiczne, że siły dobra to perfekcjonizm, a cała reszta to siły zła, które chcą zniszczyć wzorzec ideału w moim życiu.
   Aktualnie godzę się z losem, ale wiecie, pisać to sobie można. Haha, nie musi być idealnie, dorosłam do tego. Dam Wam i sobie dowód na to, że nabrałam dystansu, a dodatkowo, że perfekcja mi raczej nie grozi.

   Chciałam mieć piękne zdjęcie na insta i Facebooka z wakacji na Krecie. Ubrałam się ładnie i poszliśmy na plażę z moim obecnie już mężem, wtedy narzeczonym. Uznałam, że muszę mieć zdjęcie na jakimś kawałku skały, który tak artystycznie obmywało morze… Już sobie wyobrażałam, że będę wyglądać niczym nimfa wodna. Tylko, że zanim z morza wyłoniła się nimfa i przysiadła na skale, musiałam przejść przez etap pożądającej fotki Grażynki, która praktycznie wczołguje się na mokrą skałę. 
    Oczyma wyobraźni już widziałam, jak kończę wakacje w gipsie, albo z glonami we wszystkich miejscach ciała. Posadziłam z wysiłkiem swoją bladą dupkę na kamulcu i mówię chłopu: „rób zdjęcia ile wlezie, później wybiorę najlepsze, bo stąd nie zlezę teraz". No i robi zdjęcia, poci się chłop w 35 stopniach, wygina się jak pręt w karuzeli. Jeszcze tak, tak i z tego profilu. A ja walczę o życie! Skała śliska, fale czasami takie, że mnie prawie zmiata!
Obejrzałam zdjęcia i ostatecznie to trafiło na insta:


Ale kurczę, w ramach tego dystansu jeszcze… To mnie tak rozbawiło, że jest moim ulubionym:
 Pozdrawiam serdecznie! :)

piątek, 27 marca 2020

Kwarantanna i sport. 7 pomysłów.

    Coraz więcej osób w ostatnim czasie przeszło na system pracy zdalnej, albo po prostu ma przymusowe wolne. Ponieważ sport jest bardzo ważny i ze wszech miar godny, by znaleźć dlań miejsce w każdych okolicznościach, przedstawiam kilka moich sposobów na utrzymanie formy i wyćwiczenie niemal każdej części ciała.
1. Palce. Pięknie wyćwiczone, smukłe palce na wiosnę? To proste ćwiczenie, polegające na tłuczeniu dzień w dzień w klawiaturę i kłócenie się z internetowymi trollami, pozwoli Ci na długo zachować piękny wygląd tej części ciała. Dodatkowo możesz się kręcić z frustracji na krześle, to poćwiczysz również pośladki. Na wyćwiczenie kciuków najlepszy będzie smartfon i przeglądanie Facebooka.
2. Mózg. Szermierka słowna w internecie zwykle wyczerpuje moje zapotrzebowanie na sport. Jeżeli dodatkowo prychasz i gadasz do siebie, ćwiczysz mięśnie twarzy. Załamywanie rąk – kolejne świetne ćwiczenie.
3. Nogi. Jest nas teraz pełen komplet w domu. Toaleta jest jedna. Chcesz siku, a akurat ktoś siedzi w środku? To okazja do ćwiczeń mięśni nóg. Dzikie tańce i obłąkańcze pieśni „Wychoooodź, wychooodź”, to genialne ćwiczenia!
4. Ramiona. Raz na pół godziny podejdź do lodówki i otwórz ją. Popatrz co jest i zamknij. Dobrze by było, gdyby Twoja lodówka była taką samą cholerą jak ja i przy zamknięciu zasysała się na amen. Wtedy próba otworzenia drzwiczek po kilku sekundach uświadomi Ci, jak mało masz siły w ramionach.
5. Ręce. Masz coś do zrobienia, ale po domu kręcą się zwierzęta domowe? Odganianie się od niechcianego towarzystwa angażuje wiele mięśni. Gdy kot zaczyna chodzić mi po klawiaturze, muszę go przesunąć, a czasami wziąć na ręce (trening siłowy!) i odstawić na podłogę (skręt tułowia!). Mam 4 koty. To ćwiczenie powtarzam w ciągu dnia tak często, że to wakacji będę mieć talię osy i ręce Pudziana.
6. Plecy. To ćwiczenie wymaga posiadania zwierzaka, dziecka lub zwyczajnie bałaganu. Podczas chodzenia po domu co chwilę stajesz na czymś dziwnym. Dla mnie to są piankowe piłeczki i myszki z kocimiętką. Schylam się i podnoszę. Czasami robię też slalom. Niby nic, ale już więcej kroków dziennie zrobionych. Plus – nie nadepnę po raz kolejny na mokrą piłkę bosą stopą. Mój najmłodszy kot uwielbia kąpać wszystkie zabawki w misce z wodą.
7. Pośladki. To ćwiczenie trudne, bo wymaga zaangażowania również mózgu i palców. Wchodzisz na stronę internetową jakieś pięknej blogerki modowej. Czytasz o jej idealnym życiu i oglądasz jej idealne zdjęcia w idealnych ciuchach. Patrzysz na siebie (dodatkowy plus za zaangażowanie szyi i karku!). Analizujesz. Żal ściska poślady. Wyćwiczone w ten sposób mięśnie to redukcja cellulitu!

     To wszystko, co na tę chwilę sama praktykuję. Efekty już widzę, więc polecam oczywiście. Jeżeli macie jeszcze jakieś pomysły, to piszcie :).

PS.
    To jest ciężka sytuacja, nie neguję tego, ale zawsze wszystko staram się przyjmować z humorem. Trzymam kciuki, żeby dobre czasy nadeszły jak najszybciej!

wtorek, 24 marca 2020

Pachnące hobby.

     Od kilku lat moim hobby są perfumy. Kocham perfumy, uwielbiam włóczyć się po perfumeriach i poznawać nowe zapachy, zaciągać się z lubością zapachami perfum w komunikacji publicznej, próbując zgadnąć czego używa osoba obok. Zamawiam próbki i próbeczki. Mainstream, nisza, wszystko jedno. Z 10 lat temu wpadłam na forum wizaż i wsiąkłam w ten świat na dobre. Uwielbienie do poznawania nowych zapachów zaczęło się jednak wcześniej.
     Miałam kilka lat, może 7 lub 8, gdy podczas spaceru znalazłam próbkę zapachu Chanel. Teraz już wiem, że była to woda toaletowa Allure. Prysnęłam nią na nadgarstek i oniemiałam, bo właśnie powąchałam najwspanialszą rzecz w swoim dotychczasowym życiu. Co jakiś czas wracałam do tego wspaniałego zapachu, który był moim największym dziecięcym skarbem. Próbka po jakichś 2 latach uległa jednak zniszczeniu podczas remontu. Jak ja wtedy rozpaczałam…
    Jako dzieciak rozgniatałam płatki kwiatów i owoce, dolewałam do tego wody i taką mieszankę wlewałam do atomizera. Niestety to nigdy nie było to :). Próbowałam się także nacierać rozgniecionymi płatkami dzikiej róży. Do dzisiaj kocham ten zapach, bo przypomina mi przecudny krzew tej rośliny, który kwitnął opodal mojego bloku.
    Miałam ok. 12 lat, gdy pierwszy raz znalazłam się w sklepie indyjskim w pewnym nadmorskim kurorcie. Co sobie kupiłam za zaoszczędzone pieniądze? Olejki zapachowe. Stać mnie było tylko na 3 zapachy i do tej pory pamiętam, jakie wybrałam. Jaśmin, paczula, ylang-ylang. Mieszałam je ze sobą, nakładałam je oszczędnie na nadgarstki i za uszami, skrapiałam nimi poduszkę.
    Po zapachu rozpoznawałam bezbłędnie, kto nas odwiedził w domu. Marzyłam, żeby być jak pewna wytworna dama, która odwiedzała nas w domu i pachniała Kobako. Niestety pochodziłam z rodziny, w której się nie przelewało, więc o własnym flakonie mogłam tylko pomarzyć.
Jako nastolatka, w wieku chyba 16 lat, otrzymałam swoje pierwsze perfumy i były to avonowskie White Sunset. Kilka lat później dostałam w prezencie Pur Blancę Blush, również firmy Avon. Miałam jeszcze jakieś psikadło, które dostałam na urodziny. Niestety nie pamiętam nazwy, ale zapach był słodkawy.
    Prawdziwe szaleństwo zaczęło się, kiedy wyprowadziłam się na studia do dużego miasta i nagle się okazało, że w centrum są perfumerie z prawdziwego zdarzenia. Po pracy i po zajęciach na uczelni chodziłam do perfumerii i obwąchiwałam wszystko, co mnie zaciekawiło. Później wpisywałam nazwy w wyszukiwarkę i czytałam o nutach zapachowych. Za zaoszczędzone w jakiś sposób pieniądze kupiłam sobie Oxygene Lanvin całkowicie w ciemno, bo nie mogłam zdzierżyć, że zapachu nie mogłam znaleźć stacjonarnie. Strzał w dziesiątkę. Dostałam też próbkę Envy Gucci. Zaczęłam zamawiać próbki, testować zapachy. Po pewnym czasie miałam już niedużą kolekcję.
Od tamtego czasu mnóstwo zapachów przewinęło się przez moją kolekcję. Aktualnie flakonów, odlewek i próbek mam ok. 60-70 szt. Gdyby fundusze mi pozwoliły, pewnie miałabym ze 3 razy tyle :D.
    Większą wagę przyłożyłam chyba do zapachu, jaki będę nosić na ślubie, niż do tego, jak ma wyglądać moja suknia ślubna! W końcu stanęło na Enchanted Forest Vagabond Prince.
    Do tej pory nie znalazłam jeszcze zapachu, który pachnie jak plaża na Wyspie Wolin, gdy jest już po zachodzie słońca, ale jeszcze nie zapadły ciemności. Od morza wieje wiatr, który rozwiewa włosy. Jest wolność. Jeżeli znajdę taki zapach, będę przeszczęśliwa.
    Chciałabym, żeby na blogu była osobna zakładka o perfumach, bo mogę się nie powstrzymać od opisywania swoich wrażeń z testowania nowości. Chyba się bez tego nie obejdzie :).
Wizerunek Perfumowej Wiedźmy powstał wczoraj w nocy :).

niedziela, 22 marca 2020

Przemyślenia z zamknięcia

    Od ponad dwóch tygodni staram się nie wychodzić z domu. Jestem trochę chora, więc to po prostu względy bezpieczeństwa i dbałość o ludzi, którzy ewentualnie mieliby pecha, kupując papier toaletowy czy inny makaron w tej samej Biedrze co ja. Aktualnie kicham tak głośno, że obawiam się, że sąsiedzi zgłoszą to odpowiednim organom, zaniepokojeni o własny stan zdrowia. Dodatkowo nadal spędzam czas na bezrobociu.
    Dzięki przedłużonemu „aresztowi domowemu” uświadomiłam sobie ostatnio kilka rzeczy:
1. Uwielbiam pracować w domu. Naprawdę powinnam mieć pracę zdalną. Spełnieniem moich marzeń byłaby praca, w której mogłabym pisać z własnego mieszkania, bez codziennych dojazdów.
2. Potrafię sobie doskonale zorganizować dzień. Przy ćwiczeniach fizycznych słucham hiszpańskich rozmówek, oglądam filmy czy seriale. Znajduję czas na swoje dawne pasje, nowe pasje. Piszę i gotuję, rysuję i piorę. I wcale nie śpię do 14, a obawiałam się, że tak będzie :D.
3. Mam czas się zastanowić nad sobą, nad życiem. Czuję coraz mniejszy przymus bycia idealną. Robię po prostu to, co lubię. Pewnie, że wkurzam się, gdy mi nie wychodzi tak jak chcę, ale nie wpadam już z tego powodu w błędne koło obwiniania się, czarnowidztwa itp.
4. Zdrowie to priorytet. Nie szanowałam go dawniej. Zaczęłam chorować niemalże non stop, gdy w moim życiu nastąpiło gwałtowne załamanie psychiki. Zamiast już wtedy zastanowić się, jak odciąć się od osób, które tak na mnie wpływają, brałam kolejne leki, antybiotyki, suplementy. Teraz wyobrażam sobie, że dowiaduję się o chorobie kogoś z rodziny. Mam w rodzinie osoby, które starcia z paskudztwem z Chin mogłyby nie przeżyć. Co wtedy jest istotne? Praca? Pieniądze? Chyba jednak nie…
   Wczoraj byłam bardzo podekscytowana pierwszym dniem wiosny. Uwielbiam, gdy wszystko budzi się do życia. Aby tradycji stało się zadość, dzisiaj za oknem szalała prawdziwa śnieżyca. Na szczęście teraz śnieg już stopniał. Oby jak najszybciej wszędzie zrobiło się zielono!
Oto efekt mojego nowego hobby. Nic mnie tak obecnie nie relaksuje, jak rysowanie z pomocą tableta graficznego :).

niedziela, 8 marca 2020

A to feler...

      Jeszcze jesienią zeszłego roku byłam sfrustrowana z powodu pracy, jaką wykonywałam. Miałam wrażenie, że w ogóle się nie rozwijam, nie robię nic twórczego, a ponadto atmosfera w pracy pozostawiała wiele do życzenia. Gdy więc w listopadzie opuszczałam tamto miejsce, postanowiłam zająć się czymś nowym, twórczym. W zasadzie uznałam, że teraz czas na to, na co dawniej nie miałam ani czasu, ani siły. Z takim mocnym postanowieniem przespałam prawie cały listopad. Pozwoliłam sobie na wyłączenie wszelkiego wysiłku. Zajęłam się za to prowadzeniem domu.
      Z ręką na sercu, miałam w życiu zadatki na różne wspaniałe role, jakie mogłabym pełnić w społeczeństwie, ale nigdy nie wykazywałam zdolności w kierunku prowadzenia domu. Jeżeli zastanawiacie się jak to możliwe, że istnieją osoby, które nie dostrzegają wkoło siebie bałaganu i potrafią przypadkiem spalić sos z torebki, to właśnie pragnę powiedzieć, że ja też nie wiem jak to możliwe, ale tacy ludzie istnieją, a jedną taką osobę spotykam codziennie patrząc w lustro.
      Z dnia na dzień zostałam jednak panią domu. Chciałam się rozwijać i robić coś twórczego, przełamać rutynę. Okazało się, że nieświadomie zafundowałam sobie walkę z moimi słabościami. Jasne, wcześniej potrafiłam zrobić jakieś proste dania. Na początku też się nie wysilałam, bo po co, skoro da się zjeść i nie umrzeć. Później zaczynałam coraz bardziej kombinować, szukać nowości, łączyć smaki, aż dorobiłam się kilkunastu dań, które są dla mnie banalne, a smakują cudownie. I właśnie wtedy, kiedy już czułam się carycą babeczek i pierników, władczynią połaci zamrożonych, własnoręcznie ulepionych pierogów, koneserką wysublimowanych przypraw i perfekcyjną żonglerką wegańskimi zamiennikami, los postanowił dobitnie mi pokazać, że pokora jest wielką cnotą. Naczytałam się o tym, jak to zarąbiście zdrowy jest seler naciowy. Na włosy, paznokcie, skórę, zdrowie, ma witaminy, tańczy, śpiewa, recytuje. Kupiłam cudną zieloną łodygę i postanowiłam dodać do czego się da, zanim się zepsuje. Szkoda, że aż tyle, zanim zrozumiałam, że paskudztwo potrafi zdominować każde danie, a do smoothie mogłabym dodać z tym selerem nawet najdroższego szampana do spółki z super egzotycznymi owocami, których nie ma nawet w Lidlu, a i tak czuć by było tylko selera, panoszącego się niczym zielona Cruella De Mon. Zraziłam się chyba na dłuższy czas i póki co seler-dominator u nas nie gości.
      Podobne rozczarowanie spotkało mnie przy okazji zachwalanej przez blogosferę zupy dyniowej. Boże, jaka ja byłam z siebie dumna. Sama to gotowałam, blendowałam, dodałam imbir. Poczułam się jak prawdziwa jesieniara z instagrama. Podałam, mąż coś tam zjadł. I wtedy usłyszałam magiczne słowa, o których marzy każda zakochana kobieta, która ślęczała pół dnia przy garach:
-Dobre, ale nie rób więcej.
     To jest takie zdanie-klasyk. Prawie jak „to nie tak jak myślisz”, albo „żona mnie nie rozumie, nie sypiamy ze sobą” czy, nie wiem… „mam referencje, ja naprawdę mam referencje!”.
Cóż, czas poszukać pracy. Byle nie w warzywniaku, bo rozumiecie, SELER ;).

piątek, 6 marca 2020

O żałobie i oczekiwaniach z nią związanych.

     Zwykle nie śledzę plotek z rodzimego show-biznesu, nie oglądam polskich seriali od wielu lat. Z grubsza orientuję się kto jest kim, w czym grał i to by było na tyle. Od kilku dni jednakże trudno nie natknąć się w internecie na informacje dotyczące p. Pawła Królikowskiego oraz jego rodziny. Nie wypowiadałam się na ten temat nigdzie, a rodzinie pana Pawła bardzo współczuję. Dzisiaj jednak natknęłam się na Facebooku na gorące dyskusje o pogrzebie ww. aktora. 
   Mniejsza z tym, jakie źródło było akurat komentowane. Jakaś kobieta była zbulwersowana zachowaniem rodziny pana Królikowskiego. Była zbulwersowana tak bardzo, że napisała jadowity komentarz dotyczący... przemówienia syna zmarłego aktora. Z ciekawości kliknęłam w artykuł i próbowałam zrozumieć w czym rzecz. Otóż wyobraźcie sobie, że ową panią, oraz niektóre osoby komentujące jej wypowiedź, oburzyła zbytnia swoboda, z jaką wygłaszano mowy na pogrzebie. Syn podobno pozwolił sobie nawet na żarty! Na pogrzebie! Sodoma i Gomora. To faktycznie straszne, żeby na pogrzebie najbliższej osoby pozwolić sobie na żarty. Z jednej strony pewnie nadal do końca nie wierząc, że ta osoba odeszła, z drugiej rozpaczliwie pragnąć, by to ostatnie pożegnanie choć w części oddało to, czego nam brak. Normalności, poczucia obecności kochanej osoby, chęci przywołania jej choćby w niewinnym żarcie do żywych, uchylenia wieka, żeby nie zwariować, nie załamać się i zwyczajnie nie wpaść w rozpacz na oczach wszystkich, którzy przyszli pożegnać kogoś, kto dla nas być może był całym światem. Ważną jego częścią.
     Natychmiast przypomniał mi się pogrzeb mojego ojca. To było prawie trzy lata temu. Przyjechała rodzina, przyszli bliscy ludzie. Na pogrzebie były osoby, które pierwszy raz widziałam na oczy, ale miałam świadomość, że dzieliły z moim ojcem wspomnienia, do których ja nie miałam dostępu. Rozmaite sytuacje w pracy i kręgu towarzyskim. Ludzie płakali, a ja działałam jak automat. Proszę tutaj, tu jest kaplica. Dziękuję za wyrazy współczucia, to miło, że państwo przyszliście go pożegnać. U mnie wszystko dobrze, martwię się tylko o mamę. Mamo, dobrze się czujesz? Może chcesz coś na uspokojenie? 
     Zero łez z mojej strony. Pełne opanowanie, poparte przeświadczeniem, że po prostu muszę to znieść. Nie chciałam, żeby ktoś widział mnie płaczącą. Chciałam, żeby matka mogła znaleźć we mnie oparcie. 
     Podobno dorośli faceci płakali jak dzieciaki, gdy wraz z rodzeństwem rozsypywaliśmy piasek z polskiej plaży na trumnę ojca. Tak bardzo chciał znowu zamieszkać tam, skąd pochodził, a nigdy mu już nie będzie dane! Serce podchodziło mi do gardła, gdy klęczałam nad jego grobem i sypałam piasek. Przytulałam później mamę, rodzeństwo, dzieci rodzeństwa i nic. Zero łez. 
     Później stypa. Jakim ojciec był jajcarzem i w dodatku jakim złośliwym! Kurza twarz, nie ma opcji, żebyśmy go żegnali tak poważnie. To był człowiek, który by zasnął na operze, do kościoła chodzić nie lubił, patos go męczył. Dzień przed pogrzebem przyszedł do mnie brat, bo uznał, że to za mało. Kościół, cmentarz i stypa, na której miał być ulubiony przez ojca rosół. Trzeba coś dodać, to nie może tak być. To nie jest pożegnanie, tylko odbębnienie tego. Tak czuliśmy. Więc spisaliśmy kilka pomysłów. Napisałam z tego przemowę na kartkę A4. A to był taki jajcarz, ten mój ojczulo, że o matko, nie do podrobienia. Słuchaj, mówię, dodamy kilka jego powiedzonek. Tych najbardziej złośliwych i śmiesznych. Kurza twarz, niech się ludzie pośmieją trochę. Przecież każdy się śmiał w jego towarzystwie. Dodajmy też zdjęcia. Jak się przebrał na czyimś weselu za babę czy stracha na wróble. Jak miał fryzurę na późnego Elvisa. 
     Siostra powiedziała, że ona nie da rady tego przeczytać na stypie. Brat powiedział, że spoko, ale może mu się głos łamać. Ja nie miałam wątpliwości, że sobie poradzę. Wjeżdżamy na stypę i nie wiem nawet kiedy, zaczynam mówić, czytać, pokazywać zdjęcia, opowiadać anegdotki. Ludzie uśmiechają się przez łzy. Atmosfera robi się luźniejsza. Bo nie ma już tylko płaczu, są ciepłe wspomnienia. A pamiętasz, jak wujek...? O, patrz jak śmiesznie z wąsem wyglądał.
    To był mój ojciec. Atmosfera rozluźnienia, poczucie humoru. Wtedy naprawdę wiedzieliśmy, że nie odszedł tak zupełnie. Jego zabawne i złośliwe komentarze towarzyszyły każdemu z nas. Niechże jemu też towarzyszą nasze! Czyż to nie najlepszy dowód, że odszedł, ale nie całkiem? Że jakaś jego cząstka zostanie z nami na zawsze? 
     Żałoby nie potrafiłam nosić, bo ja nigdy nie lubiłam nic robić na pokaz, bo tak wypada. Nie wiem, co w związku z tym, oraz całą powyższą historią pomyśleli o mnie ludzie, którzy byli świadkami tego wszystkiego. Jednej ciotce przeszkadzało, że moja bratanica i moje siostrzenice płakały na pogrzebie. Bo płakały podobno za bardzo. Pewnie ktoś się uczepił, że nie przyjęłam komunii w kościele. Może ktoś miał za złe naszą chwilami żartobliwą przemowę? Może za mocno morskim piaskiem zaakcentowaliśmy, że ojciec nigdy nie był do końca ze Śląska? Że jego dusza zawsze była gdzieś nad morzem?
     Słuchajcie, ja na to gwiżdżę, bo wiem, że każdy z nas przeżywa to inaczej. Jeden będzie wył z rozpaczy, drugi nie pokaże emocji, trzeci pogodzi się z sytuacją szybko, czwarty wolno. Po prostu nie ma jednego sposobu na radzenie sobie z tym. I ruszają mnie tylko komentarze, których autorzy uważają, że mają monopol na prawdę i na to, jak każdy powinien się zachować w danej sytuacji. Tym bardziej, że ja często jestem w opozycji do tego, co tam sobie większość wymyśli. 
     Przeżywasz na swój sposób, ale to nie znaczy, że nie przeżywasz wcale. Po wszystkim, po pogrzebie i stypie, długo płakałam, gdy już znalazłam się w pokoju sama. Później długo nie mogłam się oswoić z tym, że Jurcia już nie ma. Chodziłam na terapię. A teraz, gdy chodzę na jego grób, to wiem, że jakaś część jego zawsze będzie ze mną. Ja się tam nie modlę. Słuchamy razem Niemena i The Beatles, "tak cicho, żeby nie wadzić nikomu". Jakby zobaczył, że się modlę, to by się chyba śmiał i rzucał złośliwostkami, bo znał moją przekorę, niezłomność w kwestii światopoglądowej i wiedział, że jestem niewierząca. Czasami mi z tego powodu docinał, ale widziałam, że jest dumny.
     Ten, kto ma wiedzieć, co się dzieje w naszym sercu, wie o tym. Nie oceniajmy czyjegoś żalu, na prawdę.